Spotkanie w Chlebowej Chacie

Rechtór

29.11.2014

Końcówka roku w Ondraszku obfituje w imieninowo-urodzinowe wydarzenia. Nieco dawniej była to pewna okazja do spotkań towarzyskich, ostatnio jednak w natłoku różnych obowiązków przestaliśmy celebrować spotkania w większym składzie. Postanowiła to zmienić „Ośka”, która wyszła z inicjatywą spotkania solenizantów i gości w plenerze. Temat podchwycił „Niezłomny”, oferując do tego celu Lincerową chałupę. Pałeczkę przejął później „Rechtór” i „Afi” zapraszając gości na ul. Borsuczą. Na całość poszedł jednak „Jędruś”, gdyż zorganizował spotkanie na „neutralnym gruncie”, czyli w „Chlebowej Chacie” w Brennej. I to było to!

Z założenia impreza była składkowa, więc 25 solenizantów oraz ich gości zajechało do Brennej Ondraszkowym autobusem z pełną bazą żywieniowo-napojową w bagażu. „Chlebowa Chata” jest również nieco związana z Ondraszkiem, gdyż jej właściciel, p. M. Dudys, też był dawniej członkiem klubu.

Właściciele mogą się poszczycić sporymi zbiorami, więc miejsce funkcjonuje jako żywy skansen. Zbiory są wystawione w oryginalnej drewnianej chałupie sprowadzonej gdzieś z terenów rzeszowskiego. Dom ten i obejście są wypełnione przeróżnymi przedmiotami, które niegdyś były niezbędne w gospodarstwie, a dzisiaj, nawet się nie domyślamy przeznaczenia niektórych sprzętów. Nie są to jednak eksponaty muzealne ulokowane za szkłem. Tutaj wszystko można wziąć do ręki, a część jest wykorzystana do misji jaką wyznaczyli sobie gospodarze – czyli do pieczenia chleba.

Na początku gaździna wprowadziła nas w klimat arcyciekawą prelekcją na temat „Jak to hańdowni się żyli co się jadło, co się piło”, po czym zeszliśmy do piwnicy, gdzie głównym sprzętem był chlebowy piec. Tutaj rozpoczęła się biesiada od degustacji wypieczonego tutaj chleba ze smalcem, a także kwaśnicy przygotowanej przez gazdów. A później…

Były imieninowo-urodzinowe życzenia, był wspólny śpiew przy akompaniamencie harmonii niezastąpionego Maniusia, były pląsy w rytmach zaproponowanych przez „Rewora” oraz dyskusje przy stole zastawionym dobrem wszelakim. Czas płynął szybko i ani się nie spostrzegliśmy, że zrobiło się grubo po północy. Z prawdziwym żalem zakończyliśmy te wspaniałe posiady i ok. 3 nad ranem z okrągłymi bochnami chleba w bagażu wróciliśmy do Cieszyna. Mówią, że tradycja to rzecz święta, więc może warto ją kontynuować?