5.05.2024 r.
Rowerem wokół polderu Racibórz Dolny cz.II
Na bazie zainteresowania ubiegłoroczną wyprawą Ondraszki Irena i Marian Gołuccy podjęli trud przygotowania kolejnej wycieczki. Teraz jednak nie o sam polder chodziło, ale o przeróżne atrakcje okolic Wodzisławia, z których najstarsza pochodziła aż z VIII w.
Start nastąpił w miejscowości Olza przy rest. Hacjenda, która była jednocześnie metą. Odległość od Bogumina niestety eliminowała możliwość dojazdu pociągiem, więc tym razem na starcie pojawili się wyłącznie zmotoryzowane Ondraszki w liczbie 15. Aura nam sprzyjała, było ciepło i słonecznie, w sam raz na rowerowe peregrynacje. Prowadzący już na nas czekali i na początek rozdali starannie przygotowany konspekt wycieczki. Zapowiadała się bardzo ciekawie, a że obejmowała sporo miejsc godnych uwagi, więc niezwłocznie ruszyliśmy.
Pierwszy przystanek nastąpił w nowych Nieboczowach. Czemu nowych? Ano temu, że te stare leżą teraz na dnie polderu i jak zapamiętaliśmy z ubiegłorocznej wyprawy nic po nich poza fragmentami drzewostanu i przydrożnego krzyża nie zostało. Tym samym poczciwe Nieboczowy podzieliły los kilku innych wsi leżących na dnie zapór Goczałkowickiej, Mucharskiej czy Niedzickiej. Trzeba jednak stwierdzić, że nowe prezentują się bardzo okazale, choć na pewno mieszkańcy wspominają stare z nostalgią. Następny przystanek nastąpił w Syryni przy niewielkim kurhanie, gdzie leży tajemniczy głaz z inskrypcją "Sophien Linde 1822". Opodal wśród pól znaleźliśmy grobowiec Bordynowskiej Pani czyli Zofii Eleonory von Bodenhausen właścicielki okolicznych dóbr zmarłej w 1751 r. Rodzinny grobowiec, gdzie pochowano również jej dzieci powstał na tym pustkowiu zapewne z pragmatycznych powodów, bowiem byli luteranami i pochówek na katolickim cmentarzu wg ówczesnych standardów nie wchodził w rachubę.
Stąd było już niedaleko do grodziska Lubomia leżącego teraz pośrodku lasu. Jest ono łączone ze słowiańskim plemieniem Gołęszyców i nadal ma bardzo czytelne umocnienia ziemne. To największe grodzisko na terenie Górnego Śląska bowiem powierzchnia wewnątrz wałów liczy ponad 5 ha. Wg danych z wykopalisk gród powstał w VIII w. a już w II poł. IX w. zniszczył je pożar i już go nie odbudowano. Co się stało nie bardzo wiadomo, ale prawdopodobnie zakończył jego egzystencję atak najeźdźców. Kolejna miejscowość na trasie to Pogrzebień. Interesująca jest z kilku powodów: niedawno wybudowana wieża widokowa oferuje kapitalny widok na dolinę Odry i polder a i warto zobaczyć XIX w. neobarokowy pałac rodziny Lariszów. Córka właściciela Luiza wyszła za mąż za wybitnego niemieckiego poetę epoki romantyzmu Josepha von Eichendorffa, uważanego za równego Mickiewiczowi. Kamień pamiątkowy jemu poświęcony zobaczyliśmy nieopodal. Sam pałac nabyli później Baildonowie, a po II wojnie gospodarują w nim Siostry Salezjanki. Jedna z sióstr oprowadziła nas po całym gospodarstwie i interesująco opowiedziała o losach swojego zgromadzenia i jak się tutaj znalazły. Opowieść spuentowała, że mieszkanie w pałacu jawi się dla przybyszów jako splendor, ale dla mieszkańców jest też nieustającym utrapieniem. Znając nastawienie służb konserwatorskich do zabytków, wiemy co miała na myśli. Zupełnie inaczej potoczyły się losy restauracji "Aussicht-Widok" wybudowanej końcem XIX w. na wzgórzu nieopodal. Miejsce będące celem niedzielnych wycieczek raciborzan znane jako kompleks wypoczynkowo - sportowy obecnie jest totalną ruiną zarośniętą lasem. A jeszcze końcem XX w. organizowano tutaj wesela jak opowiedział nam przygodny turysta kolarz który tu przyjechał, aby porównać własne wspomnienia z rzeczywistością. Porównanie oczywiście wyszło tragicznie.
Tak dojechaliśmy do Brzezia aktualnie dzielnicy Raciborza. Tutaj zobaczyliśmy pięknie zachowany kościół pw. św. Apostołów Mateusza i Macieja, a przed nim sarkofag Siostry Marii Dulcissima Hoffman, która należała do miejscowego Zgromadzenia Sióstr Maryi Niepokalanej. Miała dar przepowiadania i jasnowidzenia, była też stygmatyczką i mistyczką. Zmarła młodo w opinii świętości i obecnie trwa jej proces beatyfikacyjny. Do miejsca startu wróciliśmy jadąc w większości po wałach polderu. A tutaj... czekała już na nas grilowana makrela w towarzystwie sałatki i frytek, a do tego raciborski pils. Palce lizać i niebo w gębie !!
Łącznie przejechaliśmy ok. 35km. To może niezbyt dużo, ale za to zobaczyliśmy dużo, dużo więcej. Uczestnicy jednomyślnie podsumowali: kapitalna wyprawa !.
Rechtór-Zbyś