22-26.07.2022 r.

 

Wyprawa Jurajskim szlakiem czerwonym

 

Na ubiegłorocznej wyprawie do Olkusza poznaliśmy fragment rowerowego jurajskiego szlaku i już wtedy wiedziałem, że Ondraszki też powinny ten temat wziąć pod lupę. Kupiłem nawet specjalny przewodnik "Rowerowy szlak Orlich Gniazd" drobiazgowo opisujący trasę. Jednak kiedy doszło do planowania wypraw na sezon 2022 moja propozycja nie wzbudziła zachwytu. I pewnie byłaby odłożona w niebyt, lecz wtedy do akcji wkroczył "Olo" zmobilizowany przez "Czornóm", i zajął się planowaniem takiej wyprawy.

Rowerowy "Szlak Orlich Gniazd" wiedzie całą Jurą Krakowsko-Częstochowską z pominięciem Ojcowskiego Parku Narodowego. Prowadzi do Krakowa bardziej na zachód przez Krzeszowice, Tenczynek i Balice. Długość trasy to ok. 200km z całkiem konkretnymi przewyższeniami, i co za tym idzie przyjemnymi zjazdami.

"Olo" podzielił trasę na kilka etapów: Częstochowa - Podlesice - Olkusz - Czerna - Kraków, i tam zamówił noclegi. Kilometrażowi nie były to odcinki równe, choć jak się okazało, była to bardzo udana decyzja. Uczestnikami tej przygody byli: prowadzący "Olo" i "Juniorek", "Roztomiło" i "Miodzio", "Afi" i "Rechtór" oraz debiutująca na długich trasach Renata, czyli razem SIEDMIU WSPANIAŁYCH.

Piątek 22 lipca

W w/w składzie pojawiliśmy się wczesnym popołudniem na dworcu kolejowym w Cieszynie. Przejazd koleją do Częstochowy, choć z dwoma przesiadkami był już atrakcją samą w sobie. Późnym popołudniem dotarliśmy na miejsce i ulokowaliśmy się w znanym nam z wcześniejszych wypraw pielgrzymkowym domu noclegowym. Mieliśmy jeszcze sporo czasu, aby uczestniczyć w "sacrum" czyli Apelu Jasnogórskim przed obrazem Najświętszej Panienki oraz "profanum" czyli odwiedzić miejsce o tajemniczej nazwie PPR, co przekłada się na "Pijalnia Piw Regionalnych".

Sobota 23 lipca

Zapowiadał się kolejny upalny dzień. Wczesnym rankiem spakowaliśmy dobytek na rowery, i po śniadaniu w "Domu Pielgrzyma" ruszyliśmy w drogę. Już na głównej osi pielgrzymkowej miasta, czyli Alei NMP zauważyliśmy czerwone paski szlaku rowerowego, które miały nas przez kilka następnych dni doprowadzić do celu. Najpierw skrajem miasta potem lokalnymi dróżkami przez Kusięta dotarliśmy do Olsztyna. Słońce już grzało niemiłosiernie, więc zamek podziwialiśmy z daleka, siedząc przy napojach chłodzących pod parasolem rynkowej restauracji. Zobaczyliśmy za to ciekawe "Jurajskie Betlejemowo" autorstwa miejscowego rzeźbiarza Jana Wewióra i inne rzeźby zgromadzone w obejściu jego drewnianej chałupy. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Olsztyn to jest miasto, bowiem w tym roku przywrócono mu prawa miejskie utracone jeszcze podczas zaborów. Na przemian polnymi i bitymi drogami dojechaliśmy do Zrębic, gdzie odwiedziliśmy XVIII w. drewniany kościółek św. Idziego. W dalszej drodze mocno klucząc przez lasy i pola zajechaliśmy z fasonem przed pięknie położony nad stawem Irydion pałac Raczyńskich oraz usytuowany z boku dworek Zygmunta Krasińskiego w Złotym Potoku. Odwiedziliśmy małe muzeum z wystawą na temat bitwy stoczonej pod pobliskim Janowem w wojnie obronnej 1939r., a jako, że była pora obiadowa, to też i miejscową restaurację. Tak pokrzepieni na duszy i ciele ruszyliśmy wspaniałą dwukierunkową ścieżką rowerową do Ostrężnika. Tutejszego zamku niestety nie udało się nam odnaleźć pewnie dlatego, że pozostały po nim tylko skromne resztki murów. Z kolei ruiny XIV w. strażnicy w Przewodziszowicach też oglądaliśmy z drogi, bowiem poganiały nas pomruki nadchodzącej burzy. Dojechaliśmy szczęśliwie do Leśniowa, gdzie w Sanktuarium Rodzinnych Błogosławieństw wpakowaliśmy się pod najbliższy daszek. I tutaj stał się cud!. Burza szalała gdzieś całkiem niedaleko, a nad nami nadal świeciło słoneczko. Uznaliśmy, że Najwyższe czynniki sprzyjają naszym zamiarom, więc tak podbudowani zwiedziliśmy sanktuarium, nabraliśmy wody z cudownego źródełka i raźno ruszyliśmy w dalszą drogę. Naszym celem były chyba najbardziej znane w jurajskie zamczyska: w Mirowie i Bobolicach. Obydwa obecnie w prywatnych rękach, stąd też, aby pod nie podejść należało zakupić bilet. Mirów jest aktualnie rewitalizowany, natomiast Bobolice już z daleka robią imponujące wrażenie. Jest to jednak dość swobodna rekonstrukcja, ale też i jedna z niewielu jurajskich warowni w pełni odbudowana. Co więcej, grała nawet za Wawel w serialu "Korona Królów". Miejsce to chyba najbardziej zapamięta Juniorek, który wydrapał się wielkiego ostańca przy zamku i nijak nie potrafił znaleźć drogi zejściowej. Kiedy już się wydawało, że będzie na nim koczował, to w końcu z nasza pomocą udało mu się zleźć. Co za ulga!. Do mety tego etapu nie było już daleko, jednak zaliczyliśmy jeszcze parę niespodzianek. Po pierwsze, tuż za Bobolicami dotychczas przyzwoita asfaltowa droga zmieniła się w wertepy "off road”, i do tego trzeba było wyjechać pod spore wzniesienie... I gdy mozolnie się tam drapaliśmy, nagle zaczęło padać!. W trójkę "Olo", "Juniorek" i "Rechór" zdążyliśmy jeszcze dojechać pod zbawczy daszek przystanku autobusowego, a reszta ulokowała się pod drzewami, a kiedy te przemokły to poczłapała dalej ubrana w peleryny. Szczęściem jednak, jak szybko zaczęło padać, tak też i przestało. Ku naszej radości wjechaliśmy też na asfalt i w formie premii za przebyte trudy zaliczyliśmy piękny i długi zjazd do Huciska. Tutaj z kolei okazało się, że... drogę nam niepodziewanie zwinięto!. Konkretnie to zdemontowano wiadukt nad torami, wyznaczając bardzo daleki objazd. Na szczęście miejscowi poradzili nam jak ominąć ten feralny odcinek nie nadkładając kilometrów. Polną drogą, przez tory i las i nie bez problemów udało się w końcu wyjechać na tą samą drogę tyle, że z drugiej strony przeszkody. A jako że była na amen zamknięta, więc w całości od lewej do prawej była nasza! I tak po 73 km przygód dojechaliśmy do noclegu w agroturystyce w Podlesicach. Do snu ukołysał nas deszcz bębniący w szyby.

Niedziela 24 lipca

Po deszczowej nocy zbudziło nas optymistyczne słoneczko. Po obfitym śniadaniu w miejscowej restauracji wyruszyliśmy na szlak początkowo przyzwoitą drogą, która ku naszemu utrapieniu tuż za wsią się skończyła. Prowadzeni oznakowaniem wjechaliśmy polną drogą do lasu na typowe jurajskie piaski. Paradoksalnie jednak, wczorajszy deszcz utwardził je jednak na tyle, że dało się całkiem swobodnie jechać. Przed nami zamek Mokrsko, lecz aby do niego dojechać należało pokonać ostre podejście po dziurawej nawierzchni, która kiedyś była asfaltem. Wzbudziło to niepochlebne komentarze uczestników wyprawy, bowiem nawet "elektryki" nie dawały rady. Dojechaliśmy w końcu przed ulokowany tutaj wypasiony ośrodek wypoczynkowy, obeszliśmy ruiny zamku dookoła i ruszyliśmy dalej znów pod górkę, lecz tym razem po kostce, która niebawem zmieniła się w piękną rowerową dwukierunkową autostradę. Jak na skrzydłach kolejno minęliśmy Skarżyce, Kromołów i Bzów. Za tą miejscowością ukazał się nam fantastyczny widok na ruiny zamku Bonerów w Podzamczu największy i chyba najbardziej znany z Orlich Gniazd. Niegdyś zamek oblegały szwedzkie wojska, a teraz były to tłumy odwiedzających, na których wzdłuż drogi dojściowej pozastawiano różne pułapki z lodami, goframi, pamiątkami i innym dobrem. My jednak odstąpiliśmy od oblężenia, i pojechaliśmy do kościoła w Ogrodzieńcu, gdzie po mszy św. nasze bicykle dostąpiły zaszczytu błogosławieństwa w okazji św. Krzysztofa. Zobaczyliśmy ciekawe małe Sanktuarium MB Skałkowej, i mając świeżo w pamięci niezbyt dobre wspomnienia z jazdy po wertepach zjechaliśmy ze szlaku i do Pilicy dojechaliśmy drogą główną, niestety dość ruchliwą. Tutaj zawitaliśmy przede wszystkim do gospody "U Ryśka", którą dobrze wspominaliśmy z naszego ostatniego rowerowego pobytu w tym miasteczku. I było warto. Po baaardzo przyzwoitym niedzielnym obiedzie rozleniwieni połaziliśmy trochę po tym miasteczku. Do rzeczywistości przywrócił nas długi podjazd pod XIV w. zamek Pilcza zwany też Smoleniem. Zamek doczekał się rewitalizacji, i choć jest zachowany w formie trwałej ruiny był wart naszego trudu. Rozległy widok z zamkowej wieży jest jednym z najlepszych na całej Jurze. Tutaj też spotkaliśmy się z naszym szlakiem, który poprowadził nas do bardzo uroczej Doliny Wodącej. Jak to już bywało fajna asfaltowa droga niebawem się skończyła, i zaczęły się nieziemskie wertepy godne quadów. Przy zjeździe, bicykiel Afi wjechał do w głębokiej koleiny, czego efektem była wywrotka. Całe szczęście, że niegroźna. Pouczeni tym doświadczeniem najbliższą lokalną drogą o przyzwoitej nawierzchni przezornie objechaliśmy ten fragment szlaku, i dotarliśmy do pozostałości XIV w. zamku w Bydlinie. Miejscowość jest też znana z bitwy stoczonej w 1914r. pod pobliskimi Krzywopłotami, w której brała udział I Brygada Legionów Piłsudskiego. W ogrodzie przy tutejszej szkole zainstalowano ciekawą makietę tej bitwy wraz szczegółowym opisem. Dalej szlak prowadził przez Cieślin, za którym jednak należało skręcić na bardzo fajną ścieżkę rowerową. Pechowo nasza grupka akurat w tym miejscu się rozdzieliła na dwie części, i tylko "Olo" i "Rechtór" tam skręcili. W efekcie dość długo trwało, niż na powrót się znaleźliśmy. Całe szczęście, że teraz wszyscy mają komóry, bowiem w czasach kiedy ich nie było taka sytuacja byłaby wielkim problemem. Finalnie już w komplecie dojechaliśmy do Jaroszowca. Tutaj, po naradzie znów zjechaliśmy z oznakowanego szlaku. Nadkładając drogi dojechaliśmy nieciekawą i ruchliwą, ale za to wygodną szosą pod zamek Rabsztyn. Tutaj dopiero ziściły się nasze całodzienne marzenia o kawie i ciachu. Po tej dość wyczerpującej ze względu na upał i terenowe wertepy trasie, był to prawdziwy eliksir na nasze podniebienia. Teraz pozostało nam tylko dojechać do schroniska PTSM w Olkuszu, gdzie też niebawem się zameldowaliśmy. Wieczór był bardzo integracyjny przy grillu, wspominkach, i śpiewem z wykorzystaniem naszych śpiewników. Przejechaliśmy 75 km.

Poniedziałek 25 lipca

Przed nami najkrótszy odcinek trasy - do Czernej, czyli tylko ok 30 km. Mieliśmy zatem czas, aby pospacerować nieco po mieście zwłaszcza, że po naszej niedawnej rowerowej eksploracji Olkusza bardzo mile go wspominaliśmy. Niestety w poniedziałki atrakcje były pozamykane, w tym i podziemna trasa pod rynkiem. Na pocieszenie zaliczyliśmy lody i kawę w tutejszej cukierni. Z miasta wyruszyliśmy prowadzeni znanym nam czerwonym szklakiem. Klucząc po leśnych drogach niebawem dojechaliśmy do Osieka. Nawierzchnia co rusz się zmieniała - raz całkiem przyzwoity asfalt, a kawałek dalej gruntówka utwardzona luźnymi kamieniami, czy też piaszczyste leśne dukty. I tak przez Zawadę dojeżdżamy do wsi Racławice, które nie wiedzieć czemu rowerowy szlak omija. A szkoda, bowiem tutaj spotkaliśmy jedną z największych atrakcji, jaką nam było dane zobaczyć. Był to późnogotycki drewniany kocioł pw. NMP z 1511r., który szczęśliwie bez większych przeróbek zachował się do naszych czasów. Oryginalne wnętrze z ciekawymi polichromiami tzw. "Biblia pauperum" i gotyckim wyposażeniem zobaczyliśmy dzięki uprzejmości proboszcza, który nie tylko przyszedł nam go otworzyć, ale też i oprowadził po kościele, a na pożegnanie podarował piękny album opisujący dzieje tej świątyni. W miejscowości Paczółtowice był również ciekawy kościół z tego okresu, tyle, że oglądaliśmy go przez szybkę - zamkniętych drzwi. A na zakończenie trasy długim i pięknym zjazdem wjechaliśmy w dolinę Eljaszówki, w okolice klasztoru w Czernej. Przy upale jaki nam cały czas towarzyszył, dolina przywitała nas cienistym chłodem, jakby wjechaliśmy do klimatyzowanego pomieszczenia. Jechało się więc wspaniale zwłaszcza, że cały czas lekko z górki. Uzupełniliśmy też bidony wspaniałą zimną wodą w źródełku św. Eliasza. Co za rozkosz!. Ale wszystko co dobre, też się kończy. Jak się okazało aby dojechać do naszej bazy trzeba przejechać przez całą wieś cały czas pod górkę, a na końcu wjechać na potężny kopiec z czym nawet "elektryki" miały problemy.! Na dodatek w rowerze "Afi" wyczerpał się akumulator, więc pozostała w tyle i gdzieś się nam zawieruszyła. Wraz z "Juniorkiem" wyruszyłem na nerwowe poszukiwania. W końcu się znaleźliśmy i prowadząc bicykle doszliśmy do agroturystyki "Przy leśniczówce". Było to sporej wielkości gospodarstwo połączone ze stadniną koni. Mimo, że trudne do dojazdu miejsce było chyba najlepsze na trasie, bowiem było tu wszystko czego potrzebują wędrowcy, w tym też do biesiadowania. Nie było tylko niczego do jedzenia, a więc cały zespół pojechał, a my tzn. "Afi" i "Rechtór" poszliśmy do odległego o pół godziny piechotą klasztoru w Czernej, gdzie była jak pamiętaliśmy dobra pielgrzymkowa jadłodajnia. A tu niespodzianka!. Restauracja w tygodniu była czynna tylko do 17.00, więc już prawie zamykali. Rowerowa część grupy załapała się jeszcze na kawę i coś słodkiego, ale nam zostały już tylko suche herbatniki. Na szczęście wcześniej na trasie zrobiliśmy zakupy, więc wieczorem odbyło się wielkie grilowanie połączone z naszym śpiewaczym recitalem. Słuchaczami byli zakwaterowani goście (nazajutrz zebraliśmy pochwały) oraz zwierzęta gospodarcze (nie protestowały).

Wtorek 26 lipca

Przed nami już ostatni etap podróży z metą na krakowskim dworcu PKP. Dzień zaczęliśmy od wspaniałego zjazdu, prawie aż do Krzeszowic. Tutaj odwiedziliśmy piękny park i nieco mniej uroczy, bo zaniedbany okazały XIX w. pałac Potockich. Podobno wrócił w ręce spadkobierców, którzy przymierzają się do generalnego remontu. Zobaczyliśmy też ładny park zdrojowy, bowiem Krzeszowice to też miejscowość uzdrowiskowa!. Następną atrakcję spotkaliśmy w nieodległym Tenczynku. Był to browar należący do niejakiego Palikota. Ten kto go pamięta wie, że też nawarzył piwa, ale w zupełnie innej dziedzinie. Kupiliśmy jednak co nieco z szerokiej gamy oferowanych produktów, i raźno ruszyliśmy pod zamek Tenczyn w Rudnie, ostatni już na naszym jurajskim szlaku. Zamek leży na wysokim wzniesieniu, więc zostawiliśmy rowery u podnóża i na piechotę podeszliśmy, aby go zobaczyć. XIV w. zamek Tęczyńskich to jeden z największych zamków w Małopolsce swego czasu był porównywany nawet z Wawelem. Niestety podobnie, jak większości warowni na Jurze zaszkodził mu szwedzki potop, więc teraz można oglądać tylko okazałą ruinę. Ale i tak warto było go zobaczyć. Szlak po raz kolejny poprowadził nas w leśne ostępy, lecz tym razem o dziwo nawierzchnia na całej długości tzw. "Drogi krakowskiej" była całkiem przyzwoita. Zastanawiał nas za to mijany krajobraz po bitwie. Mnóstwo powalonych drzew, a niektóre nawet złamane w połowie. Niechybnie niedawno musiała przejść tędy jakaś wielka wichura, czy trąba powietrzna. Tymczasem pogoda się nam też zepsuła, i z chmur wiszących od rana nad nami zaczyna siąpić kapuśniaczek i musieliśmy założyć peleryny. W miejscowości o słodkiej nazwie Brzoskwinia definitywnie pożegnaliśmy czerwony jurajski szlak, który przez tych kilka dni tak wiernie prowadził nas na dobre i na złe. Lokalną drogą dojechaliśmy do Balic, gdzie dłuższą chwilę obserwowaliśmy ruch na lotnisku, no i wkrótce wjechaliśmy już do krakowskiej dzielnicy Mydlniki. A jako, że pora była obiadowa nastąpił dłuższy postój w przydrożnej pizzerii. I ledwie zdążyliśmy odstawić rowery, to lunęła na nas ściana wody. Do celu pozostało nam tylko ok 5 km, lecz deszcz permanentnie padał i pozmieniał nam plany. Cofnęliśmy się ok. kilometra, do stacji kolei podmiejskiej łączącej podkrakowskie Balice z Wieliczką. Tym sposobem dotarliśmy na krakowski dworzec, skąd pojechaliśmy przez Katowice do Zabrzegu, i finalnie dotarliśmy ok 22.00 do Cieszyna. Tego dnia przejechaliśmy ok. 45 km, a łącznie nasza trasa liczyła nieco ponad 220 km.

Na koniec parę spostrzeżeń:

Czerwony jurajski szlak rowerowy jest naprawdę godny polecenia zwłaszcza dla tych, którzy mają upodobanie w jeździe terenowej. Prowadził nas często po drogach o przyzwoitej nawierzchni, lecz jeszcze częściej po gruntowej, czy wręcz po bezdrożach. Dość łatwo było jednak znaleźć alternatywna trasę, z czego często skwapliwie korzystaliśmy. Trzeba jednak zaznaczyć, że szlak na całej długości był dobrze oznakowany, i raczej niepodobna się było na nim zgubić. Na Jurze należy się też liczyć z całkiem konkretnymi przewyższeniami i stromymi zjazdami. Jednak wspólne wędrowanie, widoki, kontakt z przyrodą i spotkania z historią warte były naszego trudu, jak wszyscy uczestnicy tej wyprawy zgodnie ją podsumowali.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Rechtór]

 

Rechtór-Zbyś