Wyprawa w Karkonosze po raz wtóry!

Rechtór

28-30 sierpnia 2020 r.

 

Karkonosze po raz wtóry!

 

Pamiętając naszą ubiegłoroczną wyprawę na Szrenicę oraz wiedząc, że jeszcze dużo nam zostało do zobaczenia duet Jędruś i Apanaczi postanowili temat Karkonosze pociągnąć dalej. Tym razem mieliśmy eksplorować okolice bliższe Śnieżki, a naszą bazą było leżące nieopodal duże schronisko nazwane Strzecha Akademicka.

W składzie 33 uczestników, w tym 11 Ondraszków Jędrusiowym autobusem wyruszyliśmy w stronę Karpacza. Po drodze zwiedziliśmy bardzo interesujące Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu. Muzeum zlokalizowano na zapleczu amfiteatru, gdzie odbywają się coroczne festiwale. Ale jak w muzeum wyeksponować coś tak nieuchwytnego jak piosenka? Okazało się że można, gdyż ze słuchawkami na uszach parę godzin wędrowaliśmy pomiędzy panelami dotykowymi, z których można było odsłuchać informacje o kompozytorach, muzykach, wykonawcach, a także i karierze piosenek, z których wiele po dziś jest szlagierami. Była to naprawdę fascynująca podróż po muzycznej czasoprzestrzeni.

Śpiewająco ruszyliśmy dalej, i późnym popołudniem, obładowani bagażami wyruszyliśmy pieszo z Karpacza do naszego schroniska. Szlak zaprowadził nas najpierw do niewielkiego, ale klimatycznego schroniska Samotnia stojącego tuż obok Małego Stawu w malowniczych Śnieżnych Kotłach. Oba schroniska pamiętają jeszcze czasy, gdy Karkonosze nazywały się Riesengebirge czyli Góry Olbrzymie. W odróżnieniu od Samotni Strzecha Akademicka, zwłaszcza pod względem wyposażenia przeniosła nas do epoki siermiężnego socjalizmu. No cóż obecnie to też już historia, tyle, że tutaj nadal użytkowa. Rekompensatą była obszerna świetlica, która bardzo się nam przydała do wieczornych spotkań przy gitarze. A raczej przy dwóch, bowiem byli z nami obaj wirtuozi: Andrzej i Józek.

Rankiem następnego dnia przywitał się z nami Robert, przewodnik z Jeleniej Góry, dobrze nam znany z poprzedniej wyprawy. Pokrótce nakreślił plan wycieczki. Wynikało z tego, że cały dzień spędzimy po czeskiej stronie Karkonoszy. Trzeba dodać, że w Polsce leżą tylko północne stoki gór, więc po drugiej stronie możliwości zwiedzania jest dużo więcej. Wyszliśmy niebawem na graniowy szlak dawniej nazywany "Przyjaźni Polsko-Czechosłowackiej", a obecnie "Polsko-Czeskiej", z którego skręciliśmy łącznikiem do górskiego hotelu "Lučni Bouda". Jest to kompleks kilku sporej wielkości budynków w których ulokowano hotel ze spa, restaurację, a nawet mały browar produkujący piwo o intrygującej nazwie "Paroha" i sugestywnym logo. Jak wyczytaliśmy wśród rozlicznych propozycji, można nawet skorzystać z piwnej kąpieli!. Czego to ludzie nie wymyślą...

Turyści, tacy jak my wyglądali tutaj jakby z innej bajki, więc nie korzystając z tych kąpieli ruszyliśmy dalej. Naszym celem była dookolna trasa wokół Owczego Wierchu. Najpierw długo schodziliśmy głęboko wciętą doliną prawie do Špindlerowego Mlyna, a następnie trawersując zbocze Owczego Wierchu i kontemplując widoki dotarliśmy do doliny Białej Łaby i schroniska tam położonego. Następnie pracowicie musieliśmy się wspinać się do góry, aż do miejsca z którego wyszliśmy. Trasa była na kilkanaście kilometrów, stąd nasza początkowo zwarta grupa z czasem się podzieliła na wiele małych zespołów, w zależności od możliwości kondycyjnych. Dopiero wieczorem spotkaliśmy się wszyscy na naszym kolejnym piosenkarsko-gitarowym recitalu, który oczywiście mocno się przeciągnął w czasie.

Niedzielny poranek przywitał nas niestety gęstą mgłą i drobnym deszczem. Specjalnie nam to jednak nie przeszkadzało, bo i tak schodziliśmy do cywilizacji. Objuczeni plecakami zeszliśmy powoli do Karpacza, gdzie przy świątyni Wang Robert podzielił się swoją olbrzymią wiedzą na temat tego uroczego kościółka i jego zawiłych losów. W drodze powrotnej mieliśmy jeszcze do zrealizowania dwa punkty programu: Chełmsko Śląskie oraz Krzeszów. Chełmsko to przygraniczne miasteczko, a od 1945 r. wieś, która dysponuje wielu atutami: historycznym kościołem, całkiem sporym rynkiem otoczonym barokowymi kamieniczkami z podcieniami i ratuszem. Naprawdę nieczęsto się zdarza, aby wieś miała tak typowo miejską zabudowę. Na dodatek widać było, że tutaj dosłownie czas się zatrzymał, więc Chełmsko można by wykorzystać na wdzięczny plener do historycznych filmów. Szczególnym powodem do odwiedzin to "dwunastu apostołów". Jest to kompleks uroczych jedenastu zrośniętych ścianami, drewnianych domków pochodzących z XVII w. Mieszkali w nich i pracowali tkacze z miejscowej manufaktury. A gdzie dwunasty domek – apostoł? Ten leżący nieco na uboczu i nieprzypadkowo nazwany Judaszem już dawno się spalił.

Leżący bardziej na wschód Krzeszów to jeszcze mniejsza wioska, ale bardzo znana z ogromnego kompleksu XVIII w. klasztoru Cystersów. Już z daleka są widoczne dwie wysokie (68 m!) wieże bazyliki kolegiackiej Wniebowzięcia NMP. Wg Roberta już sama elewacja ozdobiona nadnaturalnej wielkości rzeźbami ustawionymi na kilku piętrach, jest ilustracją biblijnej opowieści. Wnętrze to Sanktuarium MB Krzeszowskiej, do której zdąża wiele pielgrzymek. Trzeba dodać, że niewielkich rozmiarów obraz MB nieco się gubi pośród zdobień ogromnego ołtarza. Do prezbiterium przylega z kolei kaplica - mauzoleum dwóch Bolków - książąt z linii Piastów Śląskich z XIV w. Bardzo interesujący jest również sąsiedni kościół św. Józefa, którego wnętrze sławny "Śląski Rafael" M.Wittmann ozdobił cyklem sugestywnych fresków przedstawiających "radości" i "smutki" z życia patrona. Biblijne treści malarz umieścił na tle oryginalnego śląskiego krajobrazu, a w kilku scenach nawet sam się sportretował. Całość jest od niedawna wspaniale odnowiona, a zatem nic dziwnego, że dysponując takimi skarbami Krzeszów stara się o umieszczenie na liście światowego dziedzictwa UNESCO.

Po tej prawdziwej uczcie duchowej na pobliskiej stacji kolejowej pożegnaliśmy naszego mentora i już późnym wieczorem, pełni wrażeń dojechaliśmy do Cieszyna.

Podsumowując, choć pogoda nas nie rozpieszczała, wycieczka była wspaniała i myślę, że warto ten region dalej eksplorować choćby w następnym roku.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Rechtór]

 

 

Rechtór-Zbyś