Wspomnienia ze zlotu, którego nie było! 60 zlot p.t.kol. Chmielno - Kaszuby

Rechtór

11-17.06.2020 r.

 

Wspomnienia ze zlotu... którego nie było!
60 zlot p.t.kol. Chmielno - Kaszuby

 

A miało być tak pięknie... Frekwencja, sądząc z ilości obsadzonych miejsc byłaby rekordowa, bowiem wg danych zamieszczonych na zlotowej stronie internetowej zapisało się ponad 600 uczestników!. Region, bardzo ciekawy do eksploracji spowodowałby więc eksodus całej rowerowej Polski do niewielkiego Chmielna w sercu Kaszub gdyby... Nikt nie był w stanie przewidzieć wypadków, które początkiem marca br. nastąpiły. Wirusowe zawirowania spowodowały, że organizatorzy jeszcze w połowie maja żyli w rozterce, czy odwołać imprezę, czy może jednak uda się ją zrealizować. Jednakże narzucone ograniczenia w branży turystyki spowodowały, że w internecie pojawił się w końcu oficjalny komunikat, że zlotu nie będzie. Aby zapobiec ogólnokrajowej konsternacji oraz wykorzystać to, co już przygotowano, wybrano rozwiązanie salomonowe: zlotu nie będzie, jednakże zaproszenie na Kaszuby pozostaje, co więcej kto zechce tu prywatnie przyjechać otrzyma nawet część świadczeń, w tym mapę proponowanych tras do indywidualnych eksploracji. I to pewnie zadecydowało, że w Chmielnie i okolicach rezydowało w różnym czasie ok. 200 niedoszłych zlotowiczów, w tym silna, bo 18 osobowa drużyna Ondraszka. Można nawet rzec, że byliśmy prawie w komplecie tyle, że w różnym czasie. I choć nie dane nam było się razem spotkać, to już sama liczba robi wrażenie.

W zespole Afi, Rechtór i Szykowno przyjechaliśmy dopiero 10.06., czyli już w połowie niedoszłej imprezy, mieliśmy jednak zamiar zostać nieco dłużej. Pola namiotowego oczywiście nie było, więc trafiliśmy do zamówionego dosłownie w ostatniej chwili pensjonatu "Krystian”. I trafiliśmy bardzo dobrze, bowiem za przyzwoitą stawkę mieliśmy doskonałe warunki. Po sąsiedzku mieszkali już Czorno i Unisono, Włodek oraz Przypon. Z tej radości, już nazajutrz postanowiliśmy dokonać rowerowego rekonesansu objeżdżając wraz z Przyponem dwa najbliższe jeziora tzw. Kółko Raduńskie. Trasa do Ostrzycy wiodła przez małe, lecz urocze wioseczki o dziwnych nazwach m.in. Lampy i Sznurki (pisane dwujęzycznie po polsku i kaszubsku) i wskazała na kilka generalnych spostrzeżeń:

  1. Kaszubski Park Krajobrazowy to niezwykle malownicze połączenie jezior i sporych wzniesień, tak więc całkiem konkretne podjazdy i strome zjazdy nie powinny nikogo dziwić.
  2. Nawierzchnia była przeróżna, zdarzały się i betonowe płyty perforowane, a drogi boczne i leśne to w większej części gruntówki, lecz dało się przejechać.
  3. Wobec mnogości różnych ścieżek i dróżek oznakowanie było bardzo symboliczne, więc dobra mapa była niezbędna.
    13.06. postanowiliśmy dojechać do Trątkownicy i Babiego Dołu obejrzeć wikińskie kurhany. Do spostrzeżeń tego dnia dorzuciliśmy kolejne:
  4. Infrastruktura turystyczna jest mocno rozbudowana, imponuje zwłaszcza sieć nowo powstałych ścieżek rowerowych, pomimo niewielkiego ruchu na towarzyszących drogach.

Po drodze zwiedziliśmy prywatne muzeum sprzętu militarnego w Goręczynie. W ogródku kolo domku jednorodzinnego, w miejscu gdzie inni mają plastikowe krasnoludki, tutaj stały... armaty, co robiło spore wrażenie. Kiedy dojechaliśmy na polanę pośrodku lasu koło Trątkownicy, oglądając starożytne kurhany miałem wrażenie, że już kiedyś tu byłem. Okazało się, że miejsca te były nam już znane ze szlaków zlotu p.t.kol. Wieżyca - Władysławowo, który odbywał się w 2008r. Na pewno jednak wówczas nie byliśmy w pobliskim rezerwacie przyrody "Jar rzeki Raduni" co należało teraz nadrobić. Wg mapy rzeka na odcinku kilku km mocno meandruje na dnie głębokiego jaru, więc wydawało się, że przejazd jej brzegiem oznakowanym szlakiem pieszym, to sama przyjemność. Wkrótce okazało się, że nasza wycieczka w tym miejscu zmieniła się w walkę o przetrwanie. Ścieżka w dużej części wiodąca po stromej skarpie jaru była trudna do przejścia nawet dla pieszych, a tu my jeszcze telepiemy się z rowerami. Drogę co rusz tarasowały dawno powalone drzewa, więc często nasze bicykle było trzeba przenosić dosłownie na rękach. W pewnym miejscu przy szarpaniu się z barykadą powalonych drzew mój rower spikował na dół po stromiźnie i prawie w ostatnim momencie zawisnął na wystającym nad wodą korzeniu. Kiedy po kilku kilometrach mordęgi nadarzyła się okazja wyrwania z tej matni, z ulgą to zrobiliśmy i polnymi drogami dojechaliśmy do miejscowości o wdzięcznej nazwie Dzierżążno, a następnie fajną leśną ścieżką do Kartuz. Tutaj zwiedziliśmy kościół dawnego zakonu Kartuzów, których program "memento mori" doskonale był widoczny na dachu świątyni przypominający... wieko od trumny. Na koniec leśną drogą przez Kosy i Zawory wróciliśmy do bazy.

Sobota 13.06. była ostatnią okazją do wspólnego wyjazdu ondraszkowej ekipy. W składzie Jędruś, Apananczi, Ośka, Bystry, Roztrzapek, Druhna, Długi, Afi i Rechtór pojechaliśmy malowniczymi bocznymi drogami do Brodnicy Dolnej, przy czym tutaj też zaliczyliśmy "odcinek specjalny" po bezdrożach. Odkryciem dnia był ciekawy wiatrak w Ręboszewie, który nigdy nie mielił zboża, bo był wybudowany jako mini - hotel położony na sporym wzniesieniu, z pięknym widokiem na okolicę. Dodatkowo, już indywidualnie dojechaliśmy do współczesnego zamku w Łapalicach. Jest to wspaniały przykład rozhukanych aspiracji pewnego bogatego rzemieślnika z Gdańska, który w latach 80-tych XX w. na podstawie pozwolenia budował domek jednorodzinny z pracownią artystyczną, a wyszedł mu zamek z kilkoma tyś. m2 powierzchni i 12 wieżami. Niestety finansowo go brakło, więc prace przerwano i niedokończony zamek do dziś straszy w okolicy, stając się przy okazji nietypową atrakcją turystyczną.

Pożegnalny wieczór, podobnie jak i w poprzednie spędziliśmy przy akompaniamencie nieodzownego Józika z gitarą oddając się chóralnym śpiewom, co jak wszyscy wiedzą, wychodzi nam rewelacyjnie.

14.06. Pożegnaliśmy wracających już do domu Ondraszków i korzystając z nadal rewelacyjnej pogody w dwójkę (Afi i Rechtór) wrzuciliśmy rowery na auto i pojechaliśmy do pobliskiej Gdyni (to tylko ok. 60 km!). Auto zostało na Redłowskiej Kępie, a my zjechaliśmy ze sporej stromizny na poziom morza i niebawem na gdyńskie molo. Przeszliśmy niespiesznym spacerkiem podziwiając zacumowany komplet polskich żaglowców oraz okręt-muzeum ORP "Błyskawica”, i wzięliśmy kurs na Gdańsk. Najpierw było się trzeba wspiąć się z powrotem na skarpę, aby zjechać z niej po przeciwnej stronie do Orłowa, i dalej przez Sopot docelowo do Nowego Portu w Gdańsku. Jechaliśmy w dużej części blisko morskiego brzegu, słysząc szum fal i dorzucając kolejne spostrzeżenie:

  1. Ścieżki rowerowe w Trójmieście są rewelacyjne. W dużej części dwukierunkowe i rozdzielne od ruchu pieszego. Na obu panował spory ruch. Strach pomyśleć, jak tu wygląda w pełni sezonu, który dopiero przed nami.

W Nowym Porcie obserwowaliśmy rozładunek potężnych kontenerowców, widzieliśmy też kapitanat, latarnię morską i pomnik na Westerplatte po drugiej stronie kanału. Pierwotny zamiar dojazdu do centrum miasta wobec konieczności powrotu do Gdyni musieliśmy zweryfikować. Tą samą rowerową magistralą dotarliśmy z powrotem do Sopotu, przeszliśmy przez centrum kurortu (warto było zobaczyć "Krzywy Domek”) i już inną ścieżką dojechaliśmy do zaparkowanego auta, a późnym wieczorem do naszego pensjonatu.

15.06. Postanowiliśmy dać odetchnąć bicyklom, więc wykorzystując auto zwiedziliśmy to, czego nie udało się dotychczas zobaczyć. A więc w skrócie telegraficznym: Katedrę w Kartuzach (tym razem nieco dokładniej), kościół MB Królowej Kartuz w Sianowie (Matka Boska czekała na nas w odsłoniętej mensie ołtarza), Park Miniatur w Stryszej Budzie (czuliśmy się jak Guliwery w świecie Liliputów, bowiem z tej perspektywy zobaczyliśmy zabytki światowe, polskie i lokalne, całkiem ładnie wyeksponowane), kościół i ołtarz Papieski w Sierakowicach (dzięki temu, że widzieliśmy ich miniatury w Parku), kościół, starówkę i muzeum amerykańskich starych samochodów w Kościerzynie (intrygujące muzeum oparte na zbiorach prywatnych). Zdobyliśmy też najwyższy szczyt w okolicy - Wieżycę (342 m npm), a na zakończenie odwiedziliśmy Szymbark z najdłuższą deską oraz domkiem postawionym na opak.

16.06. W ostatni dzień naszego pobytu postawiliśmy na rowerową eksplorację Gdańska, czego ostatnio nie udało się zrealizować. Autem podjechaliśmy do Gdańska Oliwy. Auto pozostało w cieniu bazyliki, a my po jej zwiedzeniu (trafiliśmy nawet na próbę słynnych ruchomych organów przed zapowiadanym koncertem) pojechaliśmy w kierunku centrum. I tutaj znów pokłon w stronę władz lokalnych, że myślą o rowerzystach. Cały czas jechaliśmy ścieżką dedykowaną rowerom, więc spory ruch na towarzyszącej nam wielopasmowej drodze wcale nie przeszkadzał. Dojechaliśmy w ten sposób do gdańskiej stoczni, pod budynek ze słynną salą BHP, gdzie wszystko się zaczęło. Wewnątrz była ekspozycja o historii stoczni (mającej początki jeszcze za czasów Cesarskich Niemiec). Na planszach, dioramach i modelach przedstawiono też jej powojenne dokonania, początek ruchu Solidarności. Można było też zobaczyć oryginalne wyposażenie sali z momentu podpisywania Porozumienia. Zachęceni przez obsługę postanowiliśmy odszukać wystawę poświęconą Annie Walentynowicz, od której zaczął się cały ruch oporu przeciw władzy. Objechaliśmy stocznię prawie dookoła stwierdzając, że:

  1. Młodzi ludzie pracując w kolebce Solidarności nie znają jej historii - nikt z pytanych nie potrafił wskazać słynnej bramy, gdzie wystawiono 21 postulatów. Historyczne budynki i otoczenie sprawiają przykre wrażenie, zaniedbane, odrapane z koślawymi drogami. Cześć wyburzono, i pozostały po nich puste, zarośnięte zielskiem place.

Trafiliśmy na dwie wystawy: o p. Annie, ikonie Solidarności oraz zgromadzonych przez pasjonatów rzeczy codziennego użytku z epoki PRL-u (pamiętamy je doskonale z autopsji). Na koniec trafiliśmy pod słynną bramę z portiernią (obecnie są wpisane do rejestru zabytków), gdzie stoi też potężny pomnik solidarnościowego zrywu. Następnie objechaliśmy dookoła nieodległe nowe Muzeum II Wojny Światowej. Jego wielgachna bryła, przypominająca kopnięty graniastosłup wystaje wysoko nad powierzchnię terenu i stanowi dość dziwną dominantę całej okolicy. Dojechaliśmy w końcu nad brzeg Motławy. Prowadząc rowery przeszliśmy całe nabrzeże, zobaczyliśmy urocze zakątki gdańskiej starówki i jej zabytki. Mieliśmy też zamiar dojechać na Westerplatte, ale po drodze było go trzeba zweryfikować i zawrócić, aby zdążyć dojechać do auta przed zmrokiem. Zaliczyliśmy jeszcze późny obiad (najtańszy w całej wyprawie, bo barze mlecznym) i korzystając ze ścieżek rowerowych dotarliśmy do miejsca startu. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po parkingu, u stóp bazyliki truchtała rodzinka... dzików: rodzice z trojgiem warchlaków, do tego w asyście policji schowanej w radiowozie. Pewnie, jak i my, też wybrały się na wycieczkę do miasta. Późnym wieczorem dotarliśmy z powrotem do Chmielna.

Nazajutrz pozostało nam już tylko wielkie pakowanie i przeszło 600 km-wy powrót do Cieszyna.

Podsumowując wyprawę jesteśmy co do tego zgodni, że warto było przyjechać na zlot, którego nie było. Oczywiście brakowało nam spotkań z rowerowymi przyjaciółmi z całej Polski, ale pozostała jednak eksploracja ciekawych miejsc, kontemplacja pięknych widoków, spotkań z kaszubską fauną i florą, a to wszystko przy sprzyjającej pogodzie.

Swój urok miały też spotkania wśród naszej Ondraszkowej braci, bowiem z wirusowych powodów musieliśmy odwołać wszelkie zaplanowane dotychczas imprezy i wycieczki.

Przejechaliśmy łącznie ok.200 km.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Rechtór]

 

Rechtór - Zbyś