8-14.07.2019 r.
JIZERA OKIEM CZORNEJ I UNISONO
Zachęcona meilem Rechtóra, piszę w kilku zdaniach o naszych wrażeniach z Ondraszkowej wyprawy wzdłuż Jizery. Należy je czytać łącznie ze Zbyszkowym "sprawozdaniem" z tej, jak się okazuje - po wielu latach przerwy, wędrownej eskapady "Ondraszków".
8 lipca - Po zmianie trasy byłam wściekła, widząc podjazdy, które nam się zaczęły zaraz za Jilemnicą, że jednak nie zawróciłam za Marianem na pierwotną trasę. Jednak po dojechaniu na wybraną przeze mnie i Mariana kwaterę (po pokonaniu kolejnego dłuuugiego podjazdu) do Lanskiej Farmy rozpierała mnie duma, bo wszystkie podjazdy pokonałam - z pełnym ekwipunkiem - nie schodząc ani razu z roweru, a widoki po drodze okazały się rzeczywiście warte tego wysiłku. Marian też nie żałuje swojej decyzji - lubi szybką jazdę, a ścieżką rowerową wzdłuż drogi mógł rozpędzić się do woli. Z basenu ja też skorzystałam - woda po takiej jeździe była orzeźwiająca, a początkowa wściekłość dawno minęła!
10 lipca - Unisono postanowił jednak ruszyć za nami na pieszą wycieczkę, jednak zmylony przez Roztrzapka, poszedł zielonym szlakiem podczas, gdy my szliśmy czerwonym. Byłby pewnie do nas dotarł gdzieś w okolicach Frydštejnu, ale spojrzał na zegarek i ocenił, że na 14-tą nie zdąży do parkingu rowerowego, a tak się umawialiśmy. Ach, te jego przyzwyczajenia z Mechana... My wróciliśmy ok. 15-tej. Marian widząc nas wsiadł na rower, dopytawszy wcześniej o namiary na Zrcadlovą Kozę i pojechał! A my powoli za nim. On jednak, zapytawszy o mostki przez Jizerę trafił tam od razu, a my trochę kluczyliśmy, posługując się GPS-em i mapami. Ale dojechaliśmy i to z drugiej, niż On strony, pokonawszy najpierw niezły podjazd.
11 lipca - Grupa Hruboskalsko bardzo nam się podobała, "ferracistów" podziwialiśmy jak zwykle, ale nie zazdrościliśmy. Nam najbardziej zaimponowały skalne przepaści - my jechaliśmy ich "górą", krawędzie nie miały żadnych barierek (no, poza punktami widokowymi), ludzi, w tym rodzin z małymi dziećmi było mnóstwo, tak na pewno jest zawsze. Nic złego się jednak nie dzieje, a o bezpieczeństwo muszą zadbać sami. To się nazywa podmiotowe wychowanie. Widoki były naprawdę obłędne, pomysłowość natury nieograniczona, a cudów, jakie wytworzyła na przestrzeni wieków nie da się opisać - trzeba zobaczyć!
12 lipca - "nasz dzień". Nie mieliśmy łatwo, bo deszcz zmusił do wyjęcia peleryn, ale "... choćby żabami prało..." - spakowaliśmy manatki i ruszyliśmy w trasę. Już na wstępie w drodze głosowania zrezygnowaliśmy ze zwiedzania Muzeum w Turnovie, potem jeszcze raz rezygnowaliśmy - ze ścieżki rowerowej na rzecz głównej szosy za Svijanym. W samym zamku w Svijanym, gdzie chciałam opowiedzieć o historii miejsca i miejscowości - a materiały Marian przygotował obszerne, w tym zdjęciowe - radość wszystkich z możliwości wejścia do restauracji na kufelek, tudzież kawę, zwyciężyła. Na szczęście wieczorem, w naszym domku na Campingu odbyło się podsumowanie dnia, na którym była okazja dla wszystkich, by uzupełnić wiadomości.
13 lipca - Marian rano stwierdził "trzynastego, ja: "ale nie piątek", jednak zabobony, albo wiara w nie dały znać o sobie później. Z Mladej Boleslav wyjeżdżaliśmy w pewnymi problemami, bo część dróg była z powodu rajdu samochodowego wyłączona z ruchu. Pomogli nam dwaj Czesi, wyprowadzając sobie tylko znanymi przejściami, zwłaszcza skrótem podróżujących pociągami obok torów (dobrze, że czescy sokiści nas nie dopadli). Na nieurządzonym odcinku "17" był rzeczywiście horror, ja z moim rowerem ruszyłam w górę jedna z pierwszych, nie wiedząc, co przyniesie los. I zsunęłabym się szybko (dodatkowo ślizgały mi się stopy w butach, dla izolacji przeciwdeszczowej owinięte siatkami foliowymi), gdyby nie pomógł mi Długi (Rysiu, wieeelkie dzięki raz jeszcze), zjechałabym w grząskiej ziemi niechybnie. Z górki sprowadził mi rower sam Rechtór (takie same wieeelkie dzięki). A inni, widząc, co się dzieje, zwiększyli długość podejścia, zmniejszając w ten sposób jego kąt i obeszli leżące drzewa dłuższym łukiem. Miałam napisać o tym do zarządcy "17", ale jeszcze tego nie zrobiłam... Gdy Rechtór naprawiał swoją pierwszą "Gumę", Afi postanowiła na Niego czekać na "rozcesti". Żeby nie zostawiać Jej samej, Unisono też został. Gdy okazało się, że Rechtór wybrał krótszą trasę i się nie doczekają, ruszyli za nami. Ja to jechałam za grupą, to widząc ich z daleka, czekałam na Jasię i Mariana i tym sposobem dojechałam do grupy już na przystanku dla cyklistów u ujścia Jizery do Łaby. Tu znów się zastrzymaliśmy, choć na krótko. Grupa pojechała do restauracji w Toušen Lazně, ja zaczekałam aż dojedzie spóźniona para, szybko uzupełniliśmy fotograficzną kronikę i ruszyliśmy do restauracji. Wsiadłam na rower, patrzę, "kapeć", więc zsiadłam i prowadziłam rower, na szczęście niedaleko. Marian to w deszczu, to w słońcu wymienił mi dętkę! Trasa tuż przed Pragą bardzo nam się podobała, wśród zieleni, tyłami domków jednorodzinnych, obsadzona żywopłotami, wtopiona po prostu w krajobraz, brak słów. Pragę przejechaliśmy jak po sznurku, czyli po GPS Rowerowym. Hotel okazał sie super i, jak wcześniej powiedziała Basia - gdy weszli wszyscy do swych pokojów, to już do rana nie wyszli. No, za wyjątkiem tych, którzy wybili "korki" w swoich pokojach.
14 lipca - Praga. Byliśmy z Marianem w Pradze 2 lata temu, w prezencie z okazji 40-lecia naszego ślubu, mieliśmy ją więc w pamięci całkiem świeżo. A, że wycieczka była rowerowa, Marian postanowił, wykończony kilkunastokilometrowym kluczeniem od hotelu do nabrzeża Wełtawy, że zjeździmy ją na rowerach - tzn. my dwoje. Co uczyniliśmy, acz z małym problemem - gdy dojechaliśmy nabrzeżem rzeki do Wyszehradu, w moim tylnym kole zaczęło schodzić powietrze. Wróciliśmy, przejeżdżając obok "tańczącego domu", mostu Karola na plac z bijącymi kurantami i przesuwającymi się figurkami, a w kole był juz całkowity "kapeć". Gdy Marian wymieniał dętkę tuż obok jakiegoś zabytkowego pałacyku, ja ruszyłam w stronę Józefowa. Tej żydowskiej dzielnicy nie zaliczyliśmy ostatnio. A zachowało się tam dużo z przedwojennej jej historii. To znaczy materialnie, bo tamtych mieszkańców nie ma, nie ma więc i Ich potomków. Przyjeżdżają jednak ludzie, by poczuć atmosferę, wejść do synagogi. Są w swoim świecie, a ja fascynuję się tym z zewnątrz. Ciągle nie mogę pojąć, jak to się mogło stać, co takiego jest w ludziach, co wyzwala najniższe instynkty? Tu też spotkałam część naszego składu, która jechała wcześniejszym pociągiem - szli na barkę po rowery. Jak powiedziała Basia, dobrze, że nie skorzystaliśmy z tej, opłaconej zresztą przez nas mety, bo miejsca na jeszcze dwa rowery nie było. My naszej decyzji nie żałujemy - Praga dla rowerzystów też jest przyjazna, przynajmniej tam, gdzie jeździliśmy. Na dworzec dotarliśmy "po śladach" pamięciowych sprzed 2 lat. Znowu największym stresem było oczekiwanie w holu na informację, z którego peronu będziemy odjeżdżać, bo Czesi informują o takich faktach 15 minut przed odjazdem pociągu. Daliśmy jednak radę. Jazda upłynęła nam na miłej konwersacji z Afi i Rechtórem i wyjadaniu resztek zapasów. A ukoronowaniem wycieczki był powrót rowerami z Hlavniho Nadrażi w Czeskim Cieszynie na ul. Polną nocnymi ulicami obu Cieszynów.
Podsumowanie - jazda z pełnym ekwipunkiem nie okazała się zbytnio ciężka. Może więc zrobimy w przyszłości powtórkę, sami albo z Ondraszkiem. Nasze wnioski są troszkę różne. Marian: pewien dyskomfort stanowiły rowery "różnej prędkości" - elektryczne i zwykłe, co czasem rodziło nieporozumienia i dyskusję, może lepiej byłoby, gdyby grupa jechała cały czas razem, co z drugiej strony nie do końca jest możliwe, bo "pod górkę" każdy woli swoje tempo. Ja: na tygodniowy rajd wybrało się 12 osób w pewnym wieku, każda ze swoimi przyzwyczajeniami, które nigdy wcześniej razem nie przebywały dłużej, niż kilka godzin, a tu prawie 24 h/dobę, zdarzały się sytuacje emocjonalnie ekstremalne i nieprzewidziane, wymagające współpracy spontanicznej i bezinteresownej, która miała miejsce (no, z jednym, zaskakującym dla wszystkich pozostałych wyjątkiem). Wobec powyższego fakt, że rozstawaliśmy się w przyjaźni jest budujący na przyszłość. Więc Ondraszki: pojedziemy kiedyś wzdłuż Odry? Park Mużakowski jest podobno piękny.
Poza tym podpisujemy się pod sprawozdaniem Rechtóra bez zastrzeżeń.
[GALERIA ZDJĘĆ - "Czorno" i "Unisono"]
"Czorno" i "Unisono"