IX Rajd do ujścia Olzy im. W. Janika

Rechtór

19.09.2015

Jak przypuszczam uczestnicy tej wyprawy w większości doskonale znają jej cel, lecz droga do niego zawsze pozostaje zagadką. I tym razem nie było inaczej. W miejscu zbiórki, to jest przy dworcu kolejowym w Boguminie, oczekiwał na nas prowadzący tą wyprawę Marcel Balcarek czyli sam prezes Miejscowego Koła Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego (MK PZKO) w Wierzniowicach. Kiedy z pociągu z Czeskiego Cieszyna wysypało się sporo postaci objuczonych rowerami okazało się, że przed dworcem czeka też całkiem spory kolarski peleton. Razem było nas coś ok. 40 żądnych wrażeń rowerzystów z Ondraszka, PTTSu oraz niezrzeszonych sympatyków. Po serdecznych powitaniach Marcel wyjaśnił z grubsza trasę i ruszyliśmy w drogę. Od razu doceniliśmy dbałość miejskich władz o rowerową społeczność. Wzdłuż ulic oraz na części chodników wydzielono specjalne ścieżki, którymi bez przeszkód wyjechaliśmy w kierunku Starego Bogumina. Dłuższy postój nastąpił na obecnie rewitalizowanym rynku, gdzie odwiedziliśmy obowiązkowy punkt czyli biuro informacji turystycznej. Zaskoczyło mnie, że elementem biurowej ekspozycji są dwa sporych rozmiarów kościelne dzwony. Okazało się, że ich historia jest całkiem podobna do tej jaką poznaliśmy zwiedzając kościół w Bestwinie w ramach niedawnej rowerowej peregrynacji wokół Bielska-Białej. Otóż zarekwirowane dzwony Niemcy wywieźli do Hamburga celem przetopienia na armaty, lecz na szczęście nie zdążyli i zastał je tam koniec wojny. Po jakimś czasie osieroconymi dzwonami zaopiekowała się któraś z okolicznych parafii, gdzie służyły do czasu kiedy mieszkaniec Bogumina przypadkiem trafił na ich ślad. Po długiej i skomplikowanej batalii prawnej udało się je w końcu odzyskać i uroczyście przywieźć z powrotem. Obecnie czekają na remont kościelnej wieży aby po długiej wędrówce trafić w końcu do swojego domu. Interesujące prawda?

Po przejeździe przez graniczną Odrę znaleźliśmy się na dawnym przejściu granicznym w Chałupkach. Obecnie puste budynki granicznych służb kojarzą się ze wspomnieniami z niedalekiej przeszłości i to niekoniecznie pozytywnymi. Sam pamiętam, jak na którymś z rajdów jeden z uczestników zapomniał zabrać odpowiedniego dokumentu i było z tego sporo problemów i tłumaczenia.

Kolejną atrakcją na trasie był rezerwat „Meandry Odry”. Porządna betonowa rowerowa dróżka meandruje równolegle do brzegu rzeki. Tyle razy tu byliśmy i jakoś dotychczas nie udało się nam tutaj wjechać – albo powódź albo bagno. A tu proszę: całkiem niedawno powstała przyzwoita ścieżka rowerowa uzupełniona edukacyjnymi tablicami.

Następny postój nastąpił w miejscowości Rudyszwałd położonej tuż przy granicy. Cel był bardzo niezwykły. Otóż zaprosił nas do siebie miejscowy farmer właściciel sporego gospodarstwa, który jednocześnie jest kolekcjonerem dosłownie wszystkiego. Czegoś podobnego jeszcze nie widziałem!

Na jednak dość niewielkiej przestrzeni, w każdej szopie a także i na wolnym powietrzu leżały stosy przeróżnych wartościowych jak i mniej cennych przedmiotów z różnych dziedzin od urzędowych tablic do leciwych traktorów, a były nawet takie rarytasy jak dawne słupy graniczne; brony, pługi i inne rolnicze sprzęty można było liczyć w dziesiątkach. Według mnie taką mnogością wszystkiego można było obdzielić kilka i to sporych skansenów. Co ciekawe przy oprowadzaniu właściciel popisał się wyjątkową wiedzą na temat swoich zbiorów co dowcipnie przekazał w jakimś dziwnym czesko-polsko-niemieckim narzeczu. Na nurtujące nas pytanie jak zdołał to wszystko zgromadzić odpowiedział, że w promieniu 50 km odwiedził wszystkich, którzy mogli mieć coś wspólnego ze starociami i różnymi sposobami starał się je „wycyganić”. Wyszliśmy oszołomieni.

Następny postoju był w owym magicznym miejscu, gdzie Olza wpada w objęcia Odry. Po ostatniej suszy wody było niewiele więc od strony Olzy można było suchą nogą zawędrować prawie do połowy rzeki. Wspomniałem historię tego miejsca nazywanego Trójkątem Trzech Państw oraz naszych spotkań i oczywiście na koniec zaśpiewaliśmy nieodłączne „Płyniesz Olzo…” Stąd już było całkiem niedaleko do mety czyli Domu PZKO w Wierzniowicach, gdzie gospodarze przygotowali gorący posiłek. Prezes Balcarek przedstawił przy okazji inicjatywy i osiągnięcia miejscowej polskiej społeczności zrzeszonej w PZKO, która choć liczebnie niewielka ma na swoim koncie sporo sukcesów.

Jako, że powrót był już indywidualny, mniejszymi czy większymi grupkami opuszczaliśmy gościnne Wierzniowice. Korzystając z rowerowej ścieżki nad Olzą przez Dziećmorowice i Karwinę wróciłem do Cieszyna. Cała trasa liczyła ponad 80 km, a część z Ondraszków, która zdecydowała się dojechać na start na rowerze, nakręciła grubo ponad 100 km, ale wszyscy wiemy że było warto!