Na kole Nikisza

Rechtór

9.05.2015

Tak tajemniczo brzmiąca wyprawa do Katowic została zaproponowana przez „Gwarka”. Organizatorem był – już po raz szósty – miejscowy Turystyczny Klub Kolarski „Pozytywnie zakręceni”. Zbiórkę wyznaczono na osiedlu Giszowiec w Parku pod Lipami. Na miejsce dotarliśmy dwoma samochodami i łącznie było nas 7 Ondraszków. Uczestników było jednak całe mnóstwo – pewnie więcej niż 150. Po załatwieniu wpisowych formalności Pozytywnie zakręcony komandor Zdzisław Majerczyk objaśnił zasady udziału i ruszyliśmy na trasę. Nie stanowiliśmy jednak zwartego peletonu, były to raczej mocno rozciągnięte luźne grupki. Wszyscy jednak wiedzieli gdzie jechać, bo trasa był dobrze oznakowana, a każdy jeszcze otrzymał dodatkowo mapę trasy w ramach świadczeń. Co ciekawe - jeździliśmy po Katowicach, ale cały czas byliśmy w… lesie, gdyż te peryferyjne dzielnice są właśnie rozrzucone w zielonej otulinie tej miejskiej aglomeracji.

Po drodze minęliśmy Dolinę Trzech Stawów - ładnie zaaranżowane tereny rekreacyjne i dojechaliśmy do Śląskiej Fabryki Porcelany gdzie wyznaczono postój. Fabryka, sądząc po stanie zabudowań już dawno tutaj nie funkcjonuje, ale sklep firmowy nadal działa i można było tu zobaczyć i kupić szklane cudeńka na każdą kieszeń. Następny przystanek na trasie nastąpił w Nikiszowcu przy szybie Wilson - nazwa pochodzi od prezydenta USA. Kopalnia została zamknięta w 1995r. Jej budynki sprywatyzowano i obecnie Galeria Szyb Wilson jest największą w Polsce prywatną galerią sztuki nowoczesnej. Ekspozycję obejrzeliśmy i… mam dość mieszane uczucia co do tego co obecnie nazywa się sztuką. No, ale nie jestem koneserem i może się na tym nie znam zresztą fotografie prezentujące tą sztukę zamieszczone są poniżej.

Za to duże wrażenie zrobiła na mnie sama dzielnica Nikiszowiec. Zaprojektowana przez dwóch niemieckich architektów w 1908 roku do dziś imponuje przemyślaną funkcjonalnością. Szeregi familoków czerwonej cegły tworzą zamknięte czworoboki pośrodku których znajdują się wewnętrzne zieleńce – dawniej było to miejsce na szopki na drobny inwentarz i piekaroki- czyli piece do wypieków. Każda rodzina miała własny! Mieszkania o pow. ok. 63m2 były zelektryfikowane i posiadały ubikacje. Co prawda jedną na dwie rodziny - ale w tych czasach prawie szczytem luksusu była „sławojka” za stodołą. Osiedle było ponadto w pełni autonomiczne - miało własną szkołę, sklepy, pralnię itd. I oczywiście centralnie umieszczony kościół powołania św. Anny, gdzie mieliśmy metę rajdu.

Proboszcz ugościł wszystkich żurkiem a następnie komandor przystąpił do realizacji największej atrakcji rajdu czyli losowania nagród. Pula była bardzo bogata, a długą listę fantów otwierały aż trzy rowery. Na szczęście rowery nam się nie trafiły, bo byłby problem na dwóch dojechać do Cieszyna, ale niektórzy z nas wzbogacili się o plecaki, koszulki i torby. Po zakończeniu rajdu już na piechotę zwiedziliśmy „Nikisza” w tym muzealną ekspozycję. Podsumowanie rajdu nastąpiło w miejscowym pubie. Było to przedziwne skrzyżowanie gospody z lombardem i magazynem rzeczy przeróżnych, z przewagą tego ostatniego. Takiego nagromadzenia różnych rupieci w jednym miejscu już dawno nie widziałem. Ale kawa była dobra - zmielona ręcznie na archaicznym młynku. Przejechaliśmy tylko 25 km, ale ze względów krajoznawczych była to atrakcyjna wyprawa.