Rajd pamięci Ks. T. Klocka i kol. J. Furtaka 2005

Roztrzapek

8.05.2005

Pomysł był taki: podwozimy się do Pszczyny skąd fruniemy do Grzawy, gdzie przy uroczym drewnianym kościółku gdzie ks. Tadeusz był długoletnim proboszczem wyzanczyliśmy miejsce startu. Trasa do pokonania - poprzez Goczałkowice, Żabi Kraj, Pruchną do Kończyc Małych na cmentarz i przy grobie ks. T. Klocka nastąpi rozwiązanie rajdu. Razem ok.70km a więc w sam raz.

Z Cieszyna zaczęło się całkiem dobrze, grupka Ondraszków wsiadła do pociągu spotkała się z zaprzyjaźnionymi kolarzami z TKK "Wandus" z Żor na dworcu w Pszczynie i w ekspresowym tempie pomknęła do Grzawy aby zdążyć na mszę o godz. 800.

Ksiądz proboszcz na wieść o naszej wizycie bardzo się ucieszył i uhonorował nas użyczając miejsce na ambonie zarówno aby pomóc przy liturgii (nasze było I. czytanie) oraz aby przedstawić cel naszej wycieczki. Po mszy św. spotkaliśmy się na probostwie aby razem snuć wspomninia o nieodżałowanej pamięci ks. Tadeusza.

W zasadzie na tym zakończyły się uciechy, reszta to była już "walka o przetrwanie". W międzyczasie zrobiło się bowiem zimno, wiał porwisty wiatr i zaczęło padać. Nasza grupa dojechała razem do miejsca, gdzie mieliśmy skręcić na Goczałkowice. Padło dramatyczne pytanie "co dalej?". Peleton podzielił się na dwa obozy: nasze panie: Basia Nowak, Rozstrzapek oraz Wandusy postanowili wracać do Pszczyny na pociąg a reszta zdecydowała się dojechać do Goczałkowic a dopiero tam zdecydować czy również wsiąść do pociągu. Dojechaliśmy tam przemoczeni, lecz po nabraniu sił w miejscowej gospodzie postanowiliśmy jechać dalej, co więcej gdy się posilaliśmy prawie przestało padać.

Decyzję tą będziemy długo wspominać, gdyż po drodze spotkały nasz wszelkie przeciwności jakie mogą spotkać kolarza na trasie, no może za wyjątkiem śniegu, choć górskie szczyty były jednak pobielone. Fale na mijanych stawach za sprawą wiatru, który oczywiście wiał prosto w twarz całkiem przypominały wzburzone morze. Przejechaliśmy przez Zabrzeg, Landek, Zaborze, Drogomyśl, Ochaby, Dębowiec i tu postanowiliśmy jednak skrócić naszą wyprawę kierując się wprost do Cieszyna. Aby ochronić się przed przenikliwym zimnem i deszczem wykorzystaliśmy wypróbowane sposoby z woreczkami foliowymi na butach i gazetami pod kurtkami, które już dawno przestały być przeciwdeszczowymi. Co dziwne, na wieczór jednak się wypogodziło, a nikt z uczestników tej wyprawy nie zachorował.