15.08.2025 r.
Sulovske Skaly Słowacja
W kalendarzu naszych aktywności znajdują się również propozycje wypraw bez roweru, i właśnie taka okazja teraz nadeszła. Basia "Apanaczi" i Andrzej "Jedruś" zaprosili nas do eksploracji niezmiernie ciekawej krainy, leżącej na Słowacji kawałek za miejscowością Bytča w rejonie Górnego Wagu, nieopodal Żyliny. Miejsce nazywało się Sulowskie Skały i można tu dojechać zbaczając z głównej drogi w kierunku Jablonove. Jest to niezmiernie ciekawy twór geologiczny: w łańcuchu niskich gór otaczających obszerną dolinę z wioską Sulov pośrodku, ponad lasem wystają tu i ówdzie samotne skałki, przypominające nieco nasze Góry Stołowe.
Jako, że dojazd był własny, więc w liczbie 17 dusz, w tym jeden sympatyk przyjechaliśmy we trzy auta i spotkaliśmy się wszyscy na parkingu opodal Sulova, w miejscu wyjścia na szlak. Pogoda była wspaniała, wręcz upalna, stąd wędrowanie w leśnym cieniu było prawdziwą przyjemnością. Po ok. 1,5 godz marszu natrafiliśmy na ruiny XV w. zamku Sulov leżącego na wys. 660 m n.p.m. Fakt, że niewiele po zamku zostało, a i dostać się do niego nie było łatwo. Najpierw było trzeba się wspiąć po ubezpieczających uchwytach, i następnie wcisnąć do ruin baszty przez małe okienko nad resztkami bramy. Niektórzy (w tym i ja) jednak tam wleźli, a nagrodą była piękna dookolna panorama okolicy. Miejsc widokowych na szlaku było dużo więcej, a między nimi spotykaliśmy w lesie co kawałek fantazyjne szpikulce, bałwany i inne twory geologiczne ukształtowane z gruboziarnistego piaskowca, całkiem przypominające strukturę betonu. Napotykane tu i ówdzie "betonowe" wychodnie skalne oferowały z kolei widoki, prawie jak z samolotu. Podziwiając te dziwy przyrody dotarliśmy do przełęczy pod Rohačem (682 mnpm). Po krótkim postoju postanowiliśmy zmienić dotychczasowy szlak zielony na niebieski, który miał nas doprowadzić z powrotem do cywilizacji, tym samym obeszlibyśmy całą dolinę dookoła. Upał był niemiłosierny, zapas wody dawno się skończył, więc po drodze w duchu zaliczaliśmy już kolejne zimne piwo w gospodzie, która była jeszcze bardzo, bardzo daleko. Wyszliśmy w końcu z lasu na obszerną polanę, a na jej skraju stało gospodarstwo o nazwie Beňovce. Sympatyczny gospodarz zauważył, że przechodząc wzdłuż płotu ciągniemy języki za sobą, więc zaproponował żebyśmy wstąpili na coś zimnego.
Scena była jakby wyjęta z Biblii: dobry Samarytanin ratuje strudzonych wędrowców!
Oczywiście nie było trzeba nas namawiać, więc szybko zajęliśmy wszelkie możliwe miejsca w cieniu. Okazało się, że jest to domek letniskowy, a jego gospodarz jest wielkim fanem okolicy i nawet prowadzi tematycznego bloga w internecie. A na stole pojawiła się: najpierw zimna woda w dużej ilości, przy niej drobne zakąski, a następnie wino, którego limitowana edycja nazywała się tak, jak cała okolica: "Sulovske Skaly". Byliśmy zarazem zaskoczeni i wzruszeni jego gościnnością. Samorzutnie zrobiliśmy nawet drobną zrzutkę, ale o jej przyjęciu nie chciał nawet słyszeć. Rozmowa w obu językach po słowacku i polsku nie była barierą i doskonale się rozumieliśmy, nawet przy opowiadaniu kawałów. Czas jednak uciekał, więc serdecznie pożegnawszy naszego dobrodzieja ruszyliśmy dalej.
Doczłapaliśmy w końcu do tego Sulova, i po dłuższej żywieniowej przewie w miejscowej gospodzie dotarliśmy na parking do naszych aut, zamykając tym samym ok. 15 km pętlę naszej wyprawy. No i jeszcze pozostało tylko wrócić do domu, czyli grubo ponad 100 km. Ale daliśmy radę, i mogliśmy podsumować: fajna wyprawa w ciekawy rejon, w którym w większości byliśmy po raz pierwszy.
Rechtór - Zbyś