7.09.2025 r.
BIESZCZADY wg. Czornej - (jakby było mało)
Postanowiliśmy też sprawdzić się w wypadzie górskim. I to poważnym – bieszczadzkim. W dniach 4–7 września pojechaliśmy z Ondraszkami do Wetliny, by stamtąd eksplorować okoliczne szczyty.
W czwartek raniusieńko wstaliśmy, a już o 6.45 zgarnął nas z Katowickiej Jędruś; trasa przed nami była długa i pełna atrakcji, jak sie okazało. Już ok. 12.00 dotarliśmy do Biecza, kiedyś ważnej miejscowości polskiej, teraz malutkiego, ale pełnego zabytków miasteczka. Oprowadzał nas po nim świetny (choć nie wyglądał – świętował ciągle urodziny trzeciego dziecka) przewodnik. Miał dużą wiedzę, zajmująco opowiadał o historii, architekturze i ciekawostkach kolegiaty p.w. Bożego Ciała, mającej swe początki z inicjatywy Bolesława Wstydliwego, tego samego króla Polski, efekty starań m.in. którego oglądaliśmy na Ponidziu! Był też spacer wzdłuż murów obronnych, zwiedzanie domu kata, czas wolny na kawiarnię i zakupy. Ja zaliczyłam jeszcze wizytę w Bibliotece Miejskiej, mieszczącej się w przedwojennej Synagodze, gdzie zachowały się fragmenty ma mieści się Urząd Miejski, a w piwnicach była wystawa, jeśli tak można napisać – wspomnienie i historia bieckich Żydów, dużo zdjęć, opisów losów niektórych rodzin, zachowane artefakty – w jej powstaniu pomogły środki oraz działania potomków kilku ocalałych, którzy jednak w Bieczu nie osiedli ponownie, są głównie w USA. Smutno czytało mi się, że gdy niektórzy wrócili po wojennej gehennie, w Ich domach żyli już Polacy, ich sąsiedzi sprzed wojny, którzy wcale nie cieszyli się z tych powrotów, wręcz przeciwnie; często tak bywało i nie tylko tak zresztą. Z tego, co wiem, zajrzeli tam jeszcze szwagierka Wiesia, Apanaczi i jej mąż Tolek. Minęliśmy jeszcze na wzgórzu ostatnio odrestaurowane zabudowania szpitalika w ufundowanym kiedyś przez królową Jadwigę kościele i pofranciszkańskich obiektach, a potem pomknęliśmy do schoniska PTTK w Wetlinie. Przywitał nas wyglądający jeszcze ciekawiej niż przewodnik w Bieczu szef – Piotr z pieskiem na smyczy, przepraszając z góry, gdyby nam się nie podobał standard. Szybko dostaliśmy klucze, pościel sobie wybraliśmy i ruszyliśmy na obiadokolację. Poezja smaków, miła obsługa, a ta pościel, biała, jak w hotelu jakimś. Byłam zauroczona, a gdy wieczorem obeszłam cały ośrodek, zobaczyłam wiele punktów do segregacji odpadów (na co jestem wrażliwa), miejsce na ognisko i biesiadę w strefie chill out nad rzeczką, itp itd, to już w ogóle – nie omieszkałam Piotrowi przekazać mojego zachwytu.
Po równie dobrym śniadaniu w stylu szwedzkiego stołu w piątek koło 9.00 wsiedliśmy do naszego wozu, Jędruś podwiózł nas na Przełęcz Wyżną. Żółtym szlakiem, poczynając od pomnika ku pamięci Jerzego Harasymowicza i jego żony Krystyny, gdzie znawczynie tekstu (Apanaczi i Ośka chyba) odśpiewały fragment Jego poezji sławiącej góry, ruszyliśmy do Chatki Puchatka. Gorąco było niemożebnie, widoki piękne, Marian szedł szybko jak zwykle, ja z wolniejszą grupką. Przy Chatce popas mieliśmy i odpoczynek, a potem dalej grzbietem Połoniny Wetlińskiej, w upale bardzo rzadko przerywanym kilkoma drzewami do Przełęczy Orłowicza, gdzie czekał Andrzej gitarzysta i Halina, każdy minimalny cień wykorzystując na odzipnięcie. Część duża grupy poszła na Smerek, my nie – zaczęliśmy schodzić do Wetliny. Droga dłużyła się, moja ostroga piętowa dawała znać, ale dotarłam w końcu do schroniska. Zrobiłam wg mojego zegarka 23.426 kroków !!! Kąpiel dłuuuga przyniosła ulgę, a obiad – znowu poezja. O 20.00 ognisko zapaliliśmy, Andrzej grał na gitarze, śpiewaliśmy, odwiedziła nas, zaproszona przez Jędrusia wieloletnia właścicielka i szefowa Chatki Puchatka, Cieszynioczka skądinąd, było bardzo fajnie, jednak zmęczenie dało znać o sobie, poszłam do pokoju wkrótce, Marian zresztą również.
Jak się spodziewałam, nocy nie przespałam – za duży wysiłek był. Tym niemniej rano, po oczywiście dobrym śniadaniu znów zapakowaliśmy się do wozu, zabraliśmy przewodnika, którego wynajął Jędruś i ruszyliśmy. Nasza ekipa rozbiła się na dwie grupy – Jędruś "wyrzucił" na parkingu piechurów, a czteroosobową grupę, którą tworzyli Rechtór, Jędruś, Unisono i Piotr nieOndraszek, powiózł do Mucznego, skąd na rowerach pożyczonych tamże, elektrycznych zresztą, pojechali do źródeł Sanu, pod granicę ukraińską. A reszta pod wodzą bardzo rozmownego przewodnika ruszyła z w/w parkingu pod górę, niebieskim szłaskiem na Berdo Bukowe. Szlak wiódł tym razem wśród drzew, w ładnej okolicy, a gdy wyszliśmy na grzbiet, okazało się, że wieje bardzo, ciemne chmury nadchodzą, zupełnie inne oblicze Bieszczad się pokazało, choć równie piękne. Tym niemniej bezdeszczowo zeszliśmy do restauracji w Mucznem, gdzie okazało się, że mój zegarek wskazuje niewiele mniej, niż wczoraj, bo 20.460 kroków! Piliśmy i piliśmy, żeby się nie odwodnić, aż wreszcie pokazał się Marian na czele stawki, a na Jego liczniku 44 km. Zanim cykliści odpoczęli, rozmawiąłam z panem, który pilnował rowerów, bo nie napisałam, że część drogi do źródeł Sanu musieli przejść pieszo – bieszczadzkie ostępy i strefa nadgraniczna z Ukrainą (!) mają swoje wymagania, a pan był stamtąd od pokoleń, opowiadał o Bieszczadach sprzed akcji Wisła, znowu poszerzyłam swoją wiedzę i znowu szkoda, że ileś wiosek zniknęło i ludzie musieli szukać nowych miejsc do życia, inne Bieszczady były przed wojną, takie, jak zostały po ukraińskliej stronie ponoć. Później już szybko do autokaru i na bazę. Obiadokolacja, a po niej granie i śpiewanie, ale już nie w strefie "chill out" przy rzece, tylko w świetlicy obok naszych pokoi. Fajnie, wg mnie dużo fajniej.
W niedzielę wstawaliśmy szybciutko, tym razem byłam wyspana, pakowanie, śniadanie, pożegnanie i jazda nad Solinę, a tu wycieczka statkiem, z fajnie opowiedzianą historią powstania zalewu, muzyką, przy której nawet kilka tańczących par się znalazło, spacer po tamie i... do domu. Z przerwą na obiad w klimatycznej restauracji nie pamiętam gdzie.
Wcięłam się w paradę organizatorce głównej, Apanaczi pisząc to sprawozdanie, którą przepraszam, ale nie widzę na stronie, by coś napisała, to zaszalałam, przy okazji dziękuję – wypad był fajny wg mnie/nas. I znowu daliśmy radę, idzie ku dobremu.
Zamknę przy okazji historię naszego sezon u informując, że zaliczyłam jeszcze rajd z młodziżą cieszyńską I Goleszowską w ramach cieszyńskiego dnia bez samochodu, o organizację którego zwróciła się do nas Burmistrzyni Cieszyna a współfinansowała go Wójt Goleszowa. Tegorocznych więc naszych kilometrów na rowerze: 871 moich i 851 Unisono uważam za niezły wynik.
Kilka zdjęć potwierdzających moje spisane wrażenia z Bieszczad załączam celem obejrzenia.
[GALERIA ZDJĘĆ - Czorno i Unisono]
Czorno