Turystyczny Klub Kolarski Ondraszek
  • O nas
  • Ciekawostki
  • TRW
  • Kalendarz
  • Co było
  • 66 Zlot PTKol.

Aktualności

BIESZCZADY wg. Czornej - (jakby było mało)

Szczegóły
Autor: Czorno
Utworzono: 07 wrzesień 2025

7.09.2025 r.

 

BIESZCZADY wg. Czornej - (jakby było mało)

 

Postanowiliśmy też sprawdzić się w wypadzie górskim. I to poważnym – bieszczadzkim. W dniach 4–7 września pojechaliśmy z Ondraszkami do Wetliny, by stamtąd eksplorować okoliczne szczyty.

W czwartek raniusieńko wstaliśmy, a już o 6.45 zgarnął nas z Katowickiej Jędruś; trasa przed nami była długa i pełna atrakcji, jak sie okazało. Już ok. 12.00 dotarliśmy do Biecza, kiedyś ważnej miejscowości polskiej, teraz malutkiego, ale pełnego zabytków miasteczka. Oprowadzał nas po nim świetny (choć nie wyglądał – świętował ciągle urodziny trzeciego dziecka) przewodnik. Miał dużą wiedzę, zajmująco opowiadał o historii, architekturze i ciekawostkach kolegiaty p.w. Bożego Ciała, mającej swe początki z inicjatywy Bolesława Wstydliwego, tego samego króla Polski, efekty starań m.in. którego oglądaliśmy na Ponidziu! Był też spacer wzdłuż murów obronnych, zwiedzanie domu kata, czas wolny na kawiarnię i zakupy. Ja zaliczyłam jeszcze wizytę w Bibliotece Miejskiej, mieszczącej się w przedwojennej Synagodze, gdzie zachowały się fragmenty ma mieści się Urząd Miejski, a w piwnicach była wystawa, jeśli tak można napisać – wspomnienie i historia bieckich Żydów, dużo zdjęć, opisów losów niektórych rodzin, zachowane artefakty – w jej powstaniu pomogły środki oraz działania potomków kilku ocalałych, którzy jednak w Bieczu nie osiedli ponownie, są głównie w USA. Smutno czytało mi się, że gdy niektórzy wrócili po wojennej gehennie, w Ich domach żyli już Polacy, ich sąsiedzi sprzed wojny, którzy wcale nie cieszyli się z tych powrotów, wręcz przeciwnie; często tak bywało i nie tylko tak zresztą. Z tego, co wiem, zajrzeli tam jeszcze szwagierka Wiesia, Apanaczi i jej mąż Tolek. Minęliśmy jeszcze na wzgórzu ostatnio odrestaurowane zabudowania szpitalika w ufundowanym kiedyś przez królową Jadwigę kościele i pofranciszkańskich obiektach, a potem pomknęliśmy do schoniska PTTK w Wetlinie. Przywitał nas wyglądający jeszcze ciekawiej niż przewodnik w Bieczu szef – Piotr z pieskiem na smyczy, przepraszając z góry, gdyby nam się nie podobał standard. Szybko dostaliśmy klucze, pościel sobie wybraliśmy i ruszyliśmy na obiadokolację. Poezja smaków, miła obsługa, a ta pościel, biała, jak w hotelu jakimś. Byłam zauroczona, a gdy wieczorem obeszłam cały ośrodek, zobaczyłam wiele punktów do segregacji odpadów (na co jestem wrażliwa), miejsce na ognisko i biesiadę w strefie chill out nad rzeczką, itp itd, to już w ogóle – nie omieszkałam Piotrowi przekazać mojego zachwytu.

Po równie dobrym śniadaniu w stylu szwedzkiego stołu w piątek koło 9.00 wsiedliśmy do naszego wozu, Jędruś podwiózł nas na Przełęcz Wyżną. Żółtym szlakiem, poczynając od pomnika ku pamięci Jerzego Harasymowicza i jego żony Krystyny, gdzie znawczynie tekstu (Apanaczi i Ośka chyba) odśpiewały fragment Jego poezji sławiącej góry, ruszyliśmy do Chatki Puchatka. Gorąco było niemożebnie, widoki piękne, Marian szedł szybko jak zwykle, ja z wolniejszą grupką. Przy Chatce popas mieliśmy i odpoczynek, a potem dalej grzbietem Połoniny Wetlińskiej, w upale bardzo rzadko przerywanym kilkoma drzewami do Przełęczy Orłowicza, gdzie czekał Andrzej gitarzysta i Halina, każdy minimalny cień wykorzystując na odzipnięcie. Część duża grupy poszła na Smerek, my nie – zaczęliśmy schodzić do Wetliny. Droga dłużyła się, moja ostroga piętowa dawała znać, ale dotarłam w końcu do schroniska. Zrobiłam wg mojego zegarka 23.426 kroków !!! Kąpiel dłuuuga przyniosła ulgę, a obiad – znowu poezja. O 20.00 ognisko zapaliliśmy, Andrzej grał na gitarze, śpiewaliśmy, odwiedziła nas, zaproszona przez Jędrusia wieloletnia właścicielka i szefowa Chatki Puchatka, Cieszynioczka skądinąd, było bardzo fajnie, jednak zmęczenie dało znać o sobie, poszłam do pokoju wkrótce, Marian zresztą również.

Jak się spodziewałam, nocy nie przespałam – za duży wysiłek był. Tym niemniej rano, po oczywiście dobrym śniadaniu znów zapakowaliśmy się do wozu, zabraliśmy przewodnika, którego wynajął Jędruś i ruszyliśmy. Nasza ekipa rozbiła się na dwie grupy – Jędruś "wyrzucił" na parkingu piechurów, a czteroosobową grupę, którą tworzyli Rechtór, Jędruś, Unisono i Piotr nieOndraszek, powiózł do Mucznego, skąd na rowerach pożyczonych tamże, elektrycznych zresztą, pojechali do źródeł Sanu, pod granicę ukraińską. A reszta pod wodzą bardzo rozmownego przewodnika ruszyła z w/w parkingu pod górę, niebieskim szłaskiem na Berdo Bukowe. Szlak wiódł tym razem wśród drzew, w ładnej okolicy, a gdy wyszliśmy na grzbiet, okazało się, że wieje bardzo, ciemne chmury nadchodzą, zupełnie inne oblicze Bieszczad się pokazało, choć równie piękne. Tym niemniej bezdeszczowo zeszliśmy do restauracji w Mucznem, gdzie okazało się, że mój zegarek wskazuje niewiele mniej, niż wczoraj, bo 20.460 kroków! Piliśmy i piliśmy, żeby się nie odwodnić, aż wreszcie pokazał się Marian na czele stawki, a na Jego liczniku 44 km. Zanim cykliści odpoczęli, rozmawiąłam z panem, który pilnował rowerów, bo nie napisałam, że część drogi do źródeł Sanu musieli przejść pieszo – bieszczadzkie ostępy i strefa nadgraniczna z Ukrainą (!) mają swoje wymagania, a pan był stamtąd od pokoleń, opowiadał o Bieszczadach sprzed akcji Wisła, znowu poszerzyłam swoją wiedzę i znowu szkoda, że ileś wiosek zniknęło i ludzie musieli szukać nowych miejsc do życia, inne Bieszczady były przed wojną, takie, jak zostały po ukraińskliej stronie ponoć. Później już szybko do autokaru i na bazę. Obiadokolacja, a po niej granie i śpiewanie, ale już nie w strefie "chill out" przy rzece, tylko w świetlicy obok naszych pokoi. Fajnie, wg mnie dużo fajniej.

W niedzielę wstawaliśmy szybciutko, tym razem byłam wyspana, pakowanie, śniadanie, pożegnanie i jazda nad Solinę, a tu wycieczka statkiem, z fajnie opowiedzianą historią powstania zalewu, muzyką, przy której nawet kilka tańczących par się znalazło, spacer po tamie i... do domu. Z przerwą na obiad w klimatycznej restauracji nie pamiętam gdzie.

Wcięłam się w paradę organizatorce głównej, Apanaczi pisząc to sprawozdanie, którą przepraszam, ale nie widzę na stronie, by coś napisała, to zaszalałam, przy okazji dziękuję – wypad był fajny wg mnie/nas. I znowu daliśmy radę, idzie ku dobremu.

Zamknę przy okazji historię naszego sezon u informując, że zaliczyłam jeszcze rajd z młodziżą cieszyńską I Goleszowską w ramach cieszyńskiego dnia bez samochodu, o organizację którego zwróciła się do nas Burmistrzyni Cieszyna a współfinansowała go Wójt Goleszowa. Tegorocznych więc naszych kilometrów na rowerze: 871 moich i 851 Unisono uważam za niezły wynik.

Kilka zdjęć potwierdzających moje spisane wrażenia z Bieszczad załączam celem obejrzenia.

 

[GALERIA ZDJĘĆ - Rechtór]

[GALERIA ZDJĘĆ - Czorno i Unisono]

 

Czorno

SEZON 2025, Czornej i Unisono - ozdrowieńców kardiologicznych

Szczegóły
Autor: Czorno
Utworzono: 29 grudzień 2025

 

 

SEZON 2025
CZORNEJ I UNISONO
OZDROWIEŃCÓW KARDIOLOGICZNYCH

 

Po ubiegłorocznym Unisono i moim styczniowym lekarskim uratowaniu powolutku odbudowywaliśmy naszą sprawność. Poniżej krótka z tych aktywności relacja.

Marcowy Bieg Piastów w Szklarskiej Porębie spędziliśmy spacerując z Apanaczi i kibicując Jędrusiowi i Staszkowi Pawlikowi. Szklarska urzekła mnie jak zawsze.

Po wiosennych pozytywnych kontrolach stanu zdrowia w przychodniach kardiologocznych nieśmiało wyruszyliśmy w kwietniu na wycieczki rowerowe. Pierwsza – na 15 km po w miarę równej trasie do Puńcowa 20.04, a już za tydzień otwieraliśmy sezon z Ondraszkami, by w imieniny Unisono, 30 kwietnia pojechać do Pogwizdowa i w powrotnej drodze odwiedzić las kończycki – lubimy go.

Maj upłynął na kontaktach rodzinnych i spacerach po Cieszynie, a w czerwcu ruszyliśmy na 65. Ogólnopolski Zlot Przodowników Turystyki Kolarskiej, dzięki uprzejmości przodowników Ola i Juniorka (w poniedziałek, bo w sobotę odwiedziliśmy Gliwice w związku z Jubileuszem istnienia naszego Wydziału Budownictwa Politechniki Śląskiej; w końcu tam się poznaliśmy 😁. Zrobiliśmy 4 wycieczki, o długości od 32 do 63 km, łącznie 199 km! Dobrze się czuliśmy, odwiedzaliśmy bazę Zlotu w Skorzęcinie, bo wynajęliśmy kwaterę w agroturystyce pod nrem 41a. Sympatyczni gospodarze prócz nas zakwaterowali jeszcze kilkoro zlotowiczów. Cieszyliśmy się, że wieczory i noce mieliśmy spokojne, z dala od zgiełku ośrodka, na którym była baza, pełnego weekendowych wczasowiczów. Przeprosiliśmy Paparazziego, z którym jeździliśmy na poprzednich Zlotach – my tym razem powolutku i niedaleczko. Najwyżej 63 km 😁. Byliśmy w Witkowie, na dawnej granicy w Anastasewie, Trzemesznie, Trzemżalu, oczywiście w Gnieźnie – wszak ten rok to 1.000 lat od koronacji pierwszego naszego Króla; Gniezno pięknie wyglądało z tej okazji i zachęcało do kolejnego już w naszym przypadku zwiedzania go. Spotkaliśmy się też z ekipą Ondraszków i byliśmy na kilku odprawach oraz na zakończeniu Zlotu – podobała nam się organizacja, fajny to był wieczór.

Krótko pobyliśmy w domu i ogarniałam działkę, bo już dni 19–26 lipca spędziliśmy na obozie Ondraszkowym na Warmii z bazą w popeerelowskich, aczkolwiek fajnie wyremontowanych domkach w Ostaszewie. Tutaj nasze również 4 wycieczki liczyły od 18 do 63 km, był też jeden deszczowy dzień, w sam raz na wycieczkę samochodową do Nidzicy całej ekipy. Szczegóły zapodał już Rechtór, ja dodam tylko, że w przeciwieństwie do Mariana – śmigał, jakby żadnej operacji nie miał w zeszłym roku – przeżywałam niesamowite katusze, moje nogi nie chciały kręcić, jednego dnia po prostu zeszłam z roweru ok. 3 km przed bazą, zachwyciłam się polnymi kwiatami, zrobiłam kilka zdjęć, po czym kilkaset metrów prowadziłam sobie rower, aż doszłam do Mariana, który zdenerowany zostawił mnie wydawało się na pastwę losu, ale nie, czekał w cieniu dobrego drzewa. Dojechałam później do domku, a on ruszył na grzyby, a dokładnie kanie, których lokalizację wskazała nam zagadnięta na początku wycieczki miejscowa, życzliwa przyjednym, Warmianka. Ależ mieliśmy pyszną kolację! Powtórzyliśmy ją jeszcze raz zresztą, takich okazji się nie odpuszcza. Tym niemniej martwiłam się, co to będzie dalej. Mieliśmy przecież zaplanowane nasze wczasy na siodełku. Wracaliśmy najpierwsi, wstawszy już przed piątą, a że spaliśmy na parterze, mam nadzieję, że nie obudziliśmy nikogo. Po powrocie smutno mi było, bo chyba zostawiłam tam moje niesamowite zatyczki do uszu, telefony do Zbyszka I właścicielki ośrodka nie pomogły. Tymczasem...

O tym i nie tylko opiszę w oddzielnym sprawozdaniu, a tymczasem załączam kilka zdjęć, do obejrzenia których zapraszam.

 

Czorno

Czorno i Unisono na Ponidziu i w Kielcach

Szczegóły
Autor: Czorno
Utworzono: 28 sierpień 2025

28.08.2025 r.

 

RELACJA Z TRAS ROWEROWYCH WCZASÓW
CZORNEJ I UNISONO NA PONIDZIU I W KIELCACH
W DNIACH 14.08 – 28.08.2025 r.

 

W sobotę, 14 sierpnia, po rocznej przerwie spowodowanej perturbacjami zdrowotnymi, wyruszyliśmy na nasze wczasy z rowerami, a pakując w przeddzień podróżną torebkę, w jednej z kieszonek znalazłam moje zatyczki! Co za radość.

Wybraliśmy odłożone z w/w powodów Ponidzie. Inspiracją były facebookowe zdjęcia nadnidziańskich krajobrazów, poparte opisami ciekawych miejsc i miejscowości. Noclegi zamówiliśmy jak zwykle preferując agroturystykę, jak się okazało, tym razem pechowo, ale z dobrym końcowym rozwiązaniem. Gdy przyjechaliśmy na miejsce w Skowronnie Dużym okazało się, że… wynajmujący pokoje małżonkowie pokłócili się na dobre i nie wynajmują pokoi. Na szczęście jedno z nich stanęło na wysokości naszego problemu i znalazło zastępczą agroturystykę w nieodległym Bełku. Nie lubię takich niespodzianek, ale miejsce okazało się fajne, nowiutki domek campingowy z pełnym wyposażeniem i zacisznym tarasem, pod lasem, bliżej Pińczowa, gdzie już wcześniej zajrzeliśmy do Informacji Turystycznej i zjedliśmy obiad w przyrynkowej restauracji – dość dobry, po którym jeszcze w cukierni zaliczyliśmy lody (upał był niemożliwy) i kawę. Minusem, ale i plusem jednocześnie tej kwatery był rzadko uchwytny sygnał wi-fi, byliśmy więc prawdziwie relaksowo odcięci od różnych sensacyjek i aktualności. Przy rozpakowywaniu okazało się, że Marian nie zabrał pędzla do golenia (!), więc by być ogolonym w jutrzejszy świąteczny dzień, pierwszą przejażdżkę zaliczyliśmy przez Mierzwin do pobliskiego Imielna – w Bełku sklepu nie ma – mając przedsmak kieleckich krajobrazów. Od razu rzuciły mi się w oczy opuszczone, ale i przy zamieszkałych domach rosnące stare sady jabłkowe i śliwkowe, w których pod drzewami walały się nikogo nieinteresujące owoce. Smutno, ale ja czasem z tych opuszczonych korzystałam 😁. O słodkich mirabelkach i ałyczówkach nie zapominam do teraz. Drugim niby minusem, który też wyszedł na plus był fakt, że to miejsce było tylko do poniedziałku (przyjechaliśmy w czwartek). Już w piątek mieliśmy piękną wycieczkę pustymi drogami asfaltowymi i polnymi, wijącymi się aż po horyzont pomiędzy kolorowymi polami i zagajnikami porozrzucanymi po pagórkach i dolinach między małymi miasteczkami, jak się okazało, prawie każde z przebogatą i długą, ważną dla historii Polski przeszłością. Wspomniane już Imielno na początek i kościół pw. Św. Mikołaja zbudowany w (UWAGA!) 1224 r. z kamiennych ciosów wapienia pińczowskiego przez budowniczych cysterskich z pobliskiego Jędrzejowa, oczywiście przebudowany troszkę w XV i XVI w. – dobudowano kaplicę m.in. Zainteresowanych odsyłam do Wikipedii, jest co czytać. Msza się kończyła, chciałam zdobyć pieczątkę do książeczek, zaczekałam na proboszcza, który okazał się bywać w wolnych chwilach cyklistą i polecił nam ścieżkę rowerową z Wiślicy do Kazimierzy Wielkiej, a Wiślicę polecił jako obowiązkowe do zobaczenia miejsce pierwszego na ziemiach polskich chrztu i tylko wielka sława Gniezna nie skłania miejscowych do walki o uznanie tego faktu. Byłaby to diametralna zmiana historycznej przeszłości Polski. Ciekawe były też plantacje tytoniu – pięknie kwitnące wysokie rośliny o dużych liściach oraz wjazd na Łysą Górę – raptem 262 m npm, ale widok na okolicę zapierał dech. Jeszcze Helenówka, ponownie Imielno, Mierzwin i po 37 km kwatera. W ten dzień ja serwowałam obiad – w żadnej z miejscowości nawet kawiarenki nie ma. Taki tu klimat 😁.

W sobotę zaliczyliśmy wycieczkę do stadniny koni w Michałowie, gdzie jednak był czas małego bezhołowia po niedawnej aukcji koni, nie zastaliśmy nikogo prócz masztalerzy czy koniuszych i koni – obejrzeliśmy ich trening w ujeżdżalni i na pastwiskach, zrobiliśmy kilka fotek i filmik i dalej w drogę nad pińczowski zalew na Nidzie. Tu dr Google i po kilku chwilach mamy kwaterę od poniedziałkowego popołudnia w… Wiślicy, tak, tej polecanej przez księdza-cyklistę. W centrum Pińczowa zwiedziliśmy malutkie Muzeum w budynkach popaulińskiego klasztoru, ufundowanego w XV w. przez słynny tu ród Oleśnickich. Krół Władysław Jagiełło nadał Pińczowowi prawa miejskie w 1428 r. Panowali tu wiele lat Myszkowscy i Wielopolscy, z zamku pozostały tylko ruiny, ale pałac jest – szkoła średnia w nim teraz się mieści, kaplica Św. Anny, kościół Św. Jana Ewangelisty z XV w. w miejscu pierwotnego, trzynastowiecznego. Kustoszka zaprowadziła mnie również do ocalałej z wojennej pożogi synagogi, opowiadając po drodze o losach tej większościowej w tych okolicach społeczności przedwojennej. Pozostały ściany dużej synagogi – dlatego naziści mieli tu magazyny i jej nie zniszczyli, później los też nie był łaskawy, teraz pozostałe na ścianach malowidła obrazujące sceny ze Starego Testamentu czekają na pieniądze i renowację, jest też wystawa fotograficzna Żydów i Ich historii sprzed holokaustu. Synagoga otoczona jest murem z wbudowanych w beton fragmentów macew, jeszcze teraz dostarczanych przez potomków lub nabywców nieruchomości, których wojenni i powojenni posiadacze używali do… utwardzenia placów itp. Smutne. Duży pińczowski rynek jest zielony i zadrzewiony – przyjemnie chłodny, znaleźliśmy małą jadłodajnię, w której zjadłam przepyszną zalewajkę w dwojakach, zupełnie jak ta, którą często gotowała moja Mama, a też pierogi i placki ziemniaczane z sosem węgierskim. Później jeszcze pałac i baszta Wielopolskich (teraz niedawno czytałam, że jeden z pińczowskich Wielopolskich niezbyt dobrze zapisał się w kartach historii Polski) i przez Sobowice wróciliśmy na bazę, ja znowu po drodze rozkoszowałam się widokami.

Wycieczkę niedzielną wspominam z wielką radością i pewnym optymizmem, jeśli chodzi o ratowanie Ziemi i walkę o ochronę środowiska. Celem było Centrum Edukacji Przyrodniczej w Umianowicach. Dojechaliśmy tam starym, nieczynnym, miejscami mocno zarośniętym chaszczami torowiskiem kolejki wąskotorowej, chwilami zmuszeni do zejścia z rowerów, wznoszącym się ok. 1 m nad suchymi mokradłami, jakkolwiek dziwnie to brzmi, a w pewnym miejscu pojawiła się poważna przeszkoda – kładka nad strugą Nidy pod nią przepływającej, z brakującymi kilkoma podkładami pod szynami, raz spadło mi koło na szczęście zatrzymując się na podporze, inaczej nie wyciągnęłabym roweru, później dało się już jechać coraz szerszym pasem pobocza torowiska, aż dojechaliśmy do Umianowic. A tu w małej wioseczce ścieżka przyrodnicza do wieży widowiskowej, z której można zobaczyć ogrom tzw. delty śródlądowej Nidy i jej rozlewiska, kilka lat temu zrewitalizowanego za pieniądze z Unii Europejskiej w ramach projektu "Renaturyzacja... j.w." Wiosną mokradła ożywają, zielenią się, zamieszkał w nich na nowo żółw błotny i wróciły ryby. Zależy to oczywiście od opadów śniegu i wiosennych deszczy, trzeba mieć nadzieję. Dalej dojechaliśmy do zrewitalizowanej stacji kolejki, z wagonikami, miniparkiem urządzonym "na kolejowo", a tuż obok – duży budynek naszego Centrum Edukacji. W nim olbrzymie akwarium, zwane "Nidarium", w którym można zobaczyć całą pierwotną faunę żyjącą w Nidzie i teraz reintrodukowaną oraz filmy obrazujące wygląd delty w różnych porach roku. Zachwycające! To jednak nie był koniec wrażeń, bo w drodze powrotnej wspięliśmy się na grzbiet Garbu Pińczowskiego (maksymalnie 330 m npm.), ciągnącego się od Pińczowa do Skowronna. Rowery często tu musieliśmy prowadzić, bo ścieżka była piaszczysta lub kamienista z dużymi nierównościami. Grzbiet porośnięty jest tarniną, która za niedługo pewnie miała dojrzałe owoce – nalewki ku zdrowotności mogłyby być hektolitry, a też nikt jej ponoć nie zbiera. A widoki nie do opisania, po prostu trzeba zobaczyć samemu. Zjechaliśmy wprost do Nidy, wzdłuż której chwilę jadąc trafiliśmy na kawałek brzegu bez zarośli – przyjemnie było zanurzyć stopy w chłodnej czyściusieńkiej wodzie, oglądając stadka różnej wielkości rybek, wcale niezaniepokojonych wielkoludem, czyli mną.

W poniedziałek z rana przenieśliśmy się na 2 doby na kwaterę w Wiślicy, zatrzymując się po drodze w Chrobrzu. To kolejna nieduża wioska z bogatą historią. Nazwa pochodzi ponoć od króla Bolesława Chrobrego (!), który zawitał tu wracając z wyprawy kijowskiej, ufundował zamek obronny i założył parafię (taki paradoks – tam grabił, zdobywał i mordował, tu fundował świątynie), tymczasem my dotarliśmy do znacznie później zbudowanego, a teraz nadal pięknego, ale mocno zaniedbanego pałacu Wielopolskich z końca XIX w., do wnętrza mogłam zajrzeć tylko przez ogromne przeszklone drzwi z tarasu – m.in. ogromna sala balowa. Zniszczony ma prawo być, bo historia mocno go poznaczyła: w powstaniu styczniowym stacjonowały tu oddziały Mariana Langiewicza, z którymi Rosjanie stoczyli tu walkę 17 marca 1863 r., w czasie I wojny światowej stacjonowało tu dowództwo 46 Dywizji Piechoty armii austro-węgierskiej, w II w. św. był posterunek hitlerowski policji i zamordowano tu ok. 100 osób, mieszkało tu też dowództwo obozu zagłady w Treblince i obozu pracy w nieodległych Młodzawach Dużych. Dla równowagi – w 2000 roku kręcono tu sceny do filmu "Przedwiośnie" Filipa Bajona w rosnącym wokół ogromnym ogrodzie z zachowanym starodrzewiem, w tym ogromnym platanem, miłorzębem czy modrzewiami. Szkoda, że brak pieniędzy, a może osób zdolnych i chętnych podjąć starania i prace rewitalizacyjne. Zatrzymaliśmy się jeszcze przy starym XIV wiecznym kościele pw. Wniebowzięcia MP, zamkniętym jednak na 4 spusty, a jest w nim trochę wartościowych zabytkowych artefaktów, m.in. bogato zdobiony nagrobek Stanisława Tarnowskiego. Chwilę później byliśmy już na Rynku w Wiślicy, od którego rzut beretem znajdowała się nowa kwatera. Ona na odmianę nie była zbyt komfortowa, ale gospodyni uprzejma, mogłam skorzystać z malin rosnących wzdłuż płotu i byliśmy sami – pielgrzymka rowerowa miała przyjechać zaraz po naszym wyjeździe. Wiślica to obecnie najmniejsze miasto w Polsce, mieszka tu ok. 500 mieszkańców, a prawa miejskie uzyskała w 2018 r. po 148 latach przerwy, pierwszy zaś raz miastem została w 1326 r. Wg legendy jej założycielem był książę Wiślan – Wiślimir, który przyjął chrzest w 880 r. z rąk Metodego (towarzysza Cyryla), dalej historia jest przebogata, odsyłam do Wikipedii, w każdym razie miasto było wówczas równie ważne jak Kraków. Jest tu wiele zabytków i współcześnie budowanych elementów małej architektury upamiętniających ważne osoby i daty dla tego miasta i Polski. Obeszliśmy wieczorem wszystkie. Najciekawszy dla mnie obiekt to Muzeum Archeologiczne – pod i wokół bazyliki kolegiackiej Najświętszej Marii Panny, gdzie można zobaczyć m.in. odkryte w 1958 r. pozostałości dawnych kościołów romańskich i wiele drobnych artefaktów, biżuterii, monet, broni, zwiedzając je czułam się, jakbym w tamtych latach chodziła sobie kilka metrów poniżej obecnego poziomu terenu. Jest tam też kilkanaście zdjęć z prac archeologicznych wykonywanych we wczesnych postalinowskich czasach PRL. Obok Dom Długosza, na końcu miasteczka olbrzymi cmentarz żydowski, niemiłosiernie zarośnięty, ale otoczony ładnym nowym metalowym ogrodzeniem – przydałoby się o podobny u nas na Hażlaskiej podobnie zadbać, by nikt nie właził tam dewastować i zaśmiecać. Są też grodziska "Na łąkach" i "Regia", oba z X wieku na wyspie wśród mokradeł, odkryto tam 2 palatia i 2 romańskie rotundy z XII w.

Atrakcją niesamowitą była wycieczka rowerowa we wtorek – najpierw do Nowego Korczyna, gdzie Nida wpływa do Wisły i nad rzeką stoją ruiny synagogi, po drodze zaliczając kilka małych, bardzo starych kościółków, a stamtąd do Kazimierzy Wielkiej, po drodze trafiliśmy na ścieżkę rowerową, o której mówił ksiądz w Imielnie. Pierwsze osadnictwo sięga tu 6000 roku p.n.e.! Rozpisywać się jednak nie będę, szperajcie, jeśli kogoś to zainteresuje. Zaliczyliśmy lody i kawę na niby Rynku, pieczątki uzyskaliśmy w kasie leczniczych basenów siarkowych i ruszyliśmy liczącą ok. 30 km ścieżką rowerową do Wiślicy. Wije się ona urzekającymi terenami łąk, pól, sadów, wioseczek; ktoś, kto ją wytyczył, miał do tego talent. Aż chciało się jechać, jednak co chwilę zatrzymywałam się; mirabelki nęciły, a były na wyciągnięcie ręki. To był hardokorowy dzień, przejechaliśmy 80 km łącznie w upale, ale wśród urzekającej przyrody i napojów elektrolitowych sił wystarczyło.

W środę znów pakowanie, bo na drugą część wakacji przenosiliśmy się do Kielc, po drodze zatrzymując się w Chotelu Czerwonym przy uroczym kościółku z 1244 r. oczywiście zamkniętym. Kwatera to apartament z oddzielnym wejściem na parterze bliźniaka na uboczu, właściwie na końcu Kielc, a jednocześnie ok. 20 minut jazdy rowerem do centrum. Elegancki, na ogół wynajmowany uczestnikom kieleckich targów, a hale targowe tu są, że hoho. Kielce to miasto wojewódzkie, ale takie troszkę wiejskie jakby, tu też mnóstwo drzew owocowych się zachowało pomiędzy blokami i w ogrodach, jest tak swojsko, sympatycznie. Na dzień dobry obiad zjedliśmy w fajnej restauracji "Romantyczna"… na parterze spółdzielczego bloku. Nie opisując kolejno wycieczek napiszę, że: zwiedziliśmy zabytkowe śródmieście, Muzeum Narodowe w byłym Pałacu Biskupów Krakowskich, bazylikę Św. Wojciecha, ogrody przypałacowe, ścieżkę rowerową wzdłuż rzeczki Silnicy z ciekawym rozwiązaniem przejazdu pod mostem pod główną ruchliwą ulicą takim trochę pontonowym mostkiem (wielokrotnie), na której też jest zalew z okresu II Rzeczpospolitej, wybudowany jako miejsce wypoczynku dla klasy robotniczej, Muzeum Hammonda (kapitalny kustosz i zbiory), Kadzielnię oczywiście, choć tutaj kiedyś już byliśmy. Jeden dzień zajęła nam wycieczka do nieodległego Oblęgorka, do dworku Henryka Sienkiewicza. W sobotę postanowiliśmy zwiedzić Wietrznię – Rezerwat przyrody i geologii im. Zbigniewa Rubinowskiego i Centrum Geoedukacji. Nie przyszło nam do głowy i nie sprawdziliśmy, że w sobotę może Centrum być nieczynne… Spotkaliśmy całą wierchuszkę przewodników PTTK (dwa autokary), w tym Alę i Marka Kobów, Mariana Kotarskiego, co jednak nie pomogło pokonać bardzo aroganckiego i służbowego portiera, i mimo wstawiennictwa Ali Centrum przeleciałam tylko w kwadrans, zaniepokojona, czy Marianowi coś się nie dzieje, bo strażnik wściekł go tak bardzo, traktując nas poniżej poziomu, że wrócił na parking. Ale spacer na zewnątrz, szlakiem wyrobisk górniczych, ukazujących przekroje najstarszych europejskich gór zaliczyliśmy, korzystając z tablic opisowych. Warto byłoby tam być jeszcze kiedyś, nie w sobotę. W niedzielę poszłam w miasto – na wycieczkę z przewodnikiem miejskim szlakiem kieleckich dworców. Przewodnik Tomek w wieku moich synów, zwolennik spółdzielczości i Żeromskiego (pisarz był wielkim społecznikiem o lewicowych zapatrywaniach i współzałożycielem pierwszych kas oszczędnościowych), opowiadał bardzo zajmująco o historii tak dworca kolejowego jak i autobusowego, ich znaczeniu dla rozwoju miasta (każdego zresztą miasta), o tym rozwoju, rozbudowie przemysłu i historii w ogóle, na dodatek okazało się, że mieszka w pobliżu naszego "Podomka", wracaliśmy sobie więc razem i jesczcze rozmawialiśmy, jak spółdzielca ze spółdzielcą. A, On był kiedyś w Cieszynie, pisał jakąś pracę na wystawę, współpracował z obecną dyrektorką naszego Muzeum. Świat jest mały. Marian miał niedzielę roboczą – chciał sobie tak wyczyścić łańcuch itp., jak w moim rowerze zrobił to Jędruś, bo po moich kłopotach warmińskich nie było śladu, śmigałam po świętokrzyskich pagórkach bez problemu, jeszcze raz dziękuję Jędrusiowi! W poniedziałek pojechaliśmy na Baseny Termalne w hotelu, gdzie m.in. leczyłam biczami wodnymi ostrogę piętową i w ogóle odpoczywaliśmy, wracając zaliczyłam najstarszy cmentarz kielecki i przez zamkniętą bramę – żydowski, a na obiad zajechaliśmy na główny kielecki deptak do baru mlecznego Spółdzielni PSS "Społem" – dobrze tam gotują.

Kwintesencją wczasów na Ponidziu był wtorkowy 3-godzinny spływ Nidą z Brzeźna do Mokrska (też historyczna miejscowość), przepływaliśmy obok ruin zamku i dworu w Sobkowie, od niedawna w prywatnych rękach odzyskującego świetność, w którym później zjedliśmy pyszny obiad. Wg wynajmującego kajaki, który wiózł nas na miejsce startu, poziom Nidy jest ok. 1 m niższy niż bywał. Przekonaliśmy się o tym, bo miejscami głębokość wynosiła 5 cm, mieliśmy jedną przenoskę i ze 3 razy wyskakiwałam z kajaka, by go przepchnąć na głębszy nurt; Marian jeszcze ciągle ma kłopoty z podniesieniem się z pozycji kajakowej czy wannowej, więc tylko do przenoski pomogłam Mu opuścić kajak.

Jeszcze powracam do dworców. Dla mnie najciekawszy był autobusowy, wybudowany w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w formie przypominającej latający spodek, w projekcie architekci wykorzystali wiedzę gotyckich budowniczych kościołów (przypory), by uzyskać dużą przestrzeń wnętrza bez podpór. Dworzec ten został 5 lat temu zrewitalizowany, zelektronizowany, zaopatrzony w schody ruchome, uzupełniono roślinność wokół i postawiono taki minipomnik obrazujący historię przewozów autobusowych i ludzi z nich korzystających – podobała nam się całość, wszystko po prostu. Jego ideą jest kompletne odseparowanie ruchu pasażerów od ruchu autobusów – spotykają się dopiero na stanowisku odjazdu. I w środę przed końcem naszych wczasów był tam obchodzony jubileusz 5-lecia tej rewitalizacji. Były: przemowa Burmistrzyni, muzyka, tańce, poczęstunek, mnóstwo ludzi. I my tam byliśmy naturalnie i tańczyliśmy przed dworcem autobusowym w Kielcach.

Zrobiliśmy łącznie 10 wycieczek, na 364 km, najkrótsza wynosiła 17 km (po nożyki do golenia), a najdłuższa – 80 km, ta do Kazimierzy Wielkiej.

Kończąc znowu napiszę, że piękna nasza Polska cała i dodam, że zaskoczyła mnie bardzo ilość miejsc, miejscowości, budowli historycznych – kilka zdjęć w załączeniu. Działo się tu ciągle, a ta nieustająca walka o trwanie, o zachowanie polskości z najeźdźcami ze wschodu dalekiego i bliskiego, później próby jej odzyskania zasługują na szacunek, a nie na lekceważące określenia typu szkieletczyzna itp. I w ogóle niedaleko, w Zawadzie Pilickiej, urodziła się moja Mama, poniekąd tam moje korzenie i więc szacunek się należy i już.

 

[GALERIA ZDJĘĆ]

 

Czorno

Wyprawa w Bieszczady - 2025

Szczegóły
Autor: Rechtór
Utworzono: 07 wrzesień 2025

4-7.09.2025 r.

 

Wyprawa w Bieszczady

 

Na cel tegorocznej górskiej eksploracji Ondraszka Basia "Apanaczi" i Andrzej "Jedruś" obrali Bieszczady. Jak żadne inne pasmo górskie w Polsce Bieszczady obrosły legendami i nimbem tajemniczości. I słusznie, bowiem dość długo opierało się najazdom turystów, i były czasy kiedy można tam było prędzej spotkać dzikiego zwierza niż człowieka. Co zostało z tych dawnych, tajemniczych Bieszczad w ten wrześniowy weekend pojechało sprawdzić 36 uczestników wycieczki, w tym 21 Ondraszków. Wyruszyliśmy raniutko w piątek, aby po drodze zwiedzić jeszcze sławny małopolski Biecz. To piękne miasteczko o średniowiecznym rodowodzie jest znane z tego, że była tutaj ponoć szkoła katów, w której uczniowie pobierali nauki jak można pięknie skrócić delikwenta o głowę. Przewodnik który nas oprowadzał stwierdził, że Biecz ma wiele wspólnego z tym dawnym zawodem, bowiem miasto miało własnego kata już od 2 poł. XIV w. aż do 1783r. I był to wyznacznik jego statusu, bowiem w ówczesnej Małopolsce własnego kata miał jeszcze tylko Kraków i Sącz. Miał biedak tutaj sporo roboty, gdyż np. w 1614 r. wykonał blisko 120 wyroków śmierci, a bywał jeszcze wypożyczany do sąsiednich grodów, które nie miały własnego kata. Ale żeby szkoła - to nie. Opowieść ta należy wsadzić między bajki, był to bowiem fach rodzinny, i co więcej wśród miejskiej społeczności nie cieszył się zbyt dobrą opinią. Ale i tak kat jest tam do dziś, i na rynku cierpliwie czeka na turystów. Nie po to żeby ich skrócić, ale żeby sobie z nim zrobić pamiątkową fotkę, co też uczyniliśmy. Następnie zobaczyliśmy piękny gotycki kościół pw. św. Piotra i Pawła. W tej świątyni pełnej zabytków z różnych epok, warto było zobaczyć kaplicę poświęconą bp. Marcinowi Kromerowi tutaj urodzonemu, który zrobił wielką karierę jako biskup kapituły warmińskiej w XVI w. i jest pochowany w Lidzbarku Warmińskim. Tego dnia zaliczyliśmy jeszcze górski spacer po Połoninie Wetlińskiej. "Jędruś" wywiózł nas na przełęcz Wyżnią (872 m n.p.m.), skąd poszliśmy do Chatki Puchatka na Połoninie (1228 m n.p.m.). To schronisko (niegdyś pttk-owskie) wspominany z sentymentem, bowiem w latach 70-tych XX w. prowadziła je p. Urszula z naszego Cieszyna w towarzystwie konia, osła i lamy. Obecna chatka w niczym nie przypomina tej dawnej. Po remoncie, a właściwie jej wyburzeniu i postawieniu na nowo na pewno zyskała na komforcie, ale przy tym straciła duszę. Następnie powędrowaliśmy płajem połoniny podziwiając dookolne wspaniałe widoki. Doszliśmy tak do przeł. Orłowicza skąd zeszliśmy do Wetliny, gdzie mieliśmy noclegi. Niektórzy jeszcze wydrapali się na sąsiedni Smerek (1222 m n.p.m.). W Wetlinie byliśmy gośćmi w schronisku PTTK po bardzo przyzwoitej cenie, i w całkiem dobrym standardzie.

Następnego dnia, czyli w sobotę pojechaliśmy do Mucznego. Po drodze większa cześć grupy wysiadła, aby dojść tam piechotą w towarzystwie przewodnika przez Bukowe Berdo, natomiast czterech śmiałków (w tym i ja) za namową "Jędrusia" z Mucznego pojechaliśmy na wypożyczonych elektrycznych MTB do źródła Sanu. Źródliska znajdują się na samym końcu tzw. Bieszczadzkiego Worka, który wcina się ostrym klinem w Ukrainę. Można tam dotrzeć wyłącznie rowerem bądź piechotą z tym, że ta druga opcja oznacza co najmniej 7 godz. marszu w obie strony. I dopiero tutaj można było zobaczyć te dawne, dzikie Bieszczady. Miało to swoje uzasadnienie, bowiem tereny te były wyznaczone jako łowieckie dla prominentów PRL-u. W związku z tym w Mucznym stał pilnowany przez żołnierzy WOP szlaban na drodze, i kończyła się cywilizacja. W następnej wiosce Bukowiec Iglopol niegdyś wybudował teraz już upadły kołchoz, z którego pozostało ledwie kilka budynków. Dalej to już wielkie nic, tylko królestwo przyrody. A jeszcze do poł. XX w. były tam ludne wsie Beniowa i Sianki, które właśnie za czasów PRL-u zostały wysiedlone i zniszczone. Pozostały w nich nadal rozpoznawalne miejsca po domach i cerkwiach oraz resztki cmentarzy. Z Sianek, która w latach międzywojennych była dużą uzdrowiskową i modną miejscowością (coś jak nasza Wisła) pozostała teraz tylko część, leżąca obecnie po stronie ukraińskiej. I doskonale było ją widać ze szlaku, idąc po naszym bezludziu. Doprawdy dziwne doświadczenie.

Źródło Sanu (jedno z trzech) wypływa z małego niepozornego jeziorka tuż za granicą, całkiem blisko przełęczy użockiej. Stąd rzeczka całymi kilometrami wije się serpentynami stopniowo rosnąc w siłę, i wyznaczając polsko-ukraińską granicę. W drodze powrotnej zwiedziliśmy jeszcze pozostałości po cmentarzach w Siankach (legendarny Grób Hrabiny) i Beniowej, obecnie eksponowane jako atrakcja turystyczna. Telepiąc się kilometrami po straszliwie dziurawej żwirówce stwierdziłem, że jest to teren wyłącznie do eksploracji na rowerach górskich, takich jak nasze wypożyczone. Dodać należy, że w pakiecie wraz z rowerami dostaliśmy też ...ochroniarza. I to nie chodziło o nas, ale o rowery. Do źródła bowiem nie można dojechać, i rowery trzeba zostawić na daleko od celu na parkingu przy szlaku. I podobno często się z tego parkingu ulatniają za pobliską granicę. Wymęczeni, ale szczęśliwi dojechaliśmy z powrotem do Mucznego, skąd już całą grupą wróciliśmy na nocleg. Tego wieczoru przy ognisku i turystycznej piosence spotkaliśmy się właśnie z p. Urszulą niegdyś gazdującej w Chatce Puchatka, która osiedliła się tutaj w Wetlinie. Z przejęciem słuchaliśmy jej opowieści o tym gazdowaniu na Połoninie, z dala od cywilizacji i jej udogodnień.

W kolejnym, już ostatnim dniu wyprawy pojechaliśmy do Soliny, aby popływać stateczkiem po jeziorze. Zalew Soliński został zbudowany w latach 60-tych ubiegłego wieku i zmienił na zawsze okolicę, a nawet klimat. Wybudowano najpierw imponującą zaporę typu ciężkiego o wysokości 82 m i dług 664 m. Powstałe z wypiętrzenia Sanu jezioro zaporowe ma powierzchnię 2200 ha i gromadzi ok. 0,5 mln m3 wody. Jego długość to prawie 27 km, a jego rozbudowana linia brzegowa liczy 150 km. Ten imponujący moloch przez akumulację ciepła w wodzie wpłynął na złagodzenie zimy w rejonie lecz i częstsze wiatry, co akurat chwalą żeglarze. Niedawno oddano do użytku kolejną atrakcję czyli gondolową kolejkę linową. Choć jazdy to tylko 8 min, ale wrażenia ponoć niezapomniane. Zwłaszcza w taki dzień jak dzisiaj, bowiem po kilku słonecznych zrobiło się mglisto i obserwowane wagoniki - gondole znikały jeden po drugim w mglistym całunie.

Wracając zobaczyliśmy jeszcze jedną ciekawostkę geologiczną tzw. Leski Kamień. Jest to wypiętrzona na kilkanaście metrów skalna ściana o długości 220 m.

Pełni wrażeń wróciliśmy do Cieszyna już po ciemku, dziękując organizatorom za tak wspaniałą i odkrywczą wyprawę.

 

[GALERIA ZDJĘĆ]

 

"Rechtór" - Zbyś

Bory Tucholskie 2025 - Roztrzapek

Szczegóły
Autor: Roztrzapek
Utworzono: 11 wrzesień 2025

11.09.2025 r.

 

Bory Tucholskie 6.09 – 11.09.2025 r.

 

Nasza baza noclegowa to kwatera prywatna w miejscowości Swornegacie. Nazwa ta odnosi się do historycznego zajęcia mieszkańców, polegającego na budowie i utrzymywaniu grobli i umocnień brzegowych, a nie do bielizny.

Nasza piątka to Maryla, Piotr, Kazik, Małgorzata oraz Henryk.

Piotr i Maryla będą jeździć na elektrycznych rowerach, a pozostali na super zwykłych. Cały ten obóz przygotowali Małgosia i Kazik – pseudonim „Kolejorz”. W trakcie przejazdu do tej miejscowości Swornegacie zatrzymujemy się koło zabytkowego wiaduktu kolejowego zbudowanego w 1909 roku, który biegnie nad drogą nr 25 i rzeczką.

Pierwszy dzień 7.09.2025 r. – 65 km

Trasa: Swornegacie – Małe Swornegacie – Funka – Charzykowy – Chojnice – Krojanty i powrót. Szlaki rowerowe w okolicach Swornegaci to przede wszystkim część Kaszubskiej Marszruty. Obejmują one różnorodne trasy o długościach od kilkudziesięciu do ponad stu kilometrów, prowadzące przez lasy, wzdłuż jezior i rzek, a także przez mniejsze miejscowości. Trasy te są dobrze oznakowane, co ułatwia poruszanie się i planowanie wyprawy. Mile wspominam miejscowość Charzykowy nad jeziorem o tej samej nazwie. Byliśmy tam z Ondraszkami w latach 90 – tych na Ogólnopolskim Zlocie Przodowników Turystyki Kolarskiej. Krojanty - 1 września 1939 r. na terenie wioski miała miejsce Bitwa pod Krojantami. Bitwa została stoczona pomiędzy wojskiem polskim a niemieckim w ramach kampanii wrześniowej. Obecnie każdego roku 7.09. w tym miejscu odbywa się rekonstrukcja tej bitwy. Zrobiło to na nas ogromne wrażenie. Mnóstwo konnego wojska, czołgów i odpowiednia muzyka.

8.09.2025 r. poniedziałek.

Mroczno, zimno. Z Piotrem przejechałam 33 km. Jechaliśmy ścieżką rowerową (tylko tak można wyjechać ze Swornegaci. Na drodze lokalnej jest ustawiony znak – zakaz jazdy na rowerze) do Konarzyna. Zaczął padać deszcz. Tam rozstaliśmy się z Małgosią, Kazikiem i Henrykiem, którzy pojechali do zamku w Człuchowie (około 80 km). Jechaliśmy do miejscowości Babilon. Tam nastąpił powrót. Piotr pojechał jeszcze zobaczyć dziurawy dąb Bartuś, który ma 600 lat. Dobrze, że tam nie jechałam, gdyż była to droga piaszczysta i pagórkowata co na Kaszubach często się zdarza.

9.09.2025 r. – wtorek (55 km).

Ponieważ trasa była długa, więc ja z Piotrem jechaliśmy samochodem z rowerami do miejscowości Zapora. Tam była hodowla jesiotra na kawior. Dojechali pozostali kolarze i razem dalej jechaliśmy. Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscu, które upamiętnia huragan w 2017 r. W okolicach Rytela w nocy z 11 na 12 sierpnia 2017 roku przeszła nawałnica, określana jako "huragan stulecia". Wiatr osiągał prędkość nawet 150 km/h, niszcząc ogromne połacie lasu, budynki i powodując śmierć dwóch harcerek na obozie w Suszku, który jest położony w pobliżu. Do Fojutowa jechaliśmy różnymi drogami. Czy to piękną nową szeroką ścieżką rowerową, piaszczystą lub dziurawą drogą. Tam zwiedzaliśmy akwedukt. Akwedukt w Fojutowie – zabytek architektury hydrotechnicznej (województwo kujawsko-pomorskie), wzorowany na antycznych rzymskich budowlach, będący skrzyżowaniem dwóch cieków: Czerskiej Strugi i Wielkiego Kanału Brdy. Budowla ma 75 metrów długości, co czyni z niej najdłuższy obiekt tego typu w Polsce. W powrotnej drodze zahaczyliśmy o restaurację, gdzie jedliśmy smażone pstrągi z cebulą.

10.09.2025 r. – środa (50 km).

Wyjechaliśmy o 10 rano. Zapowiadał się ciepły dzień. Kazik był jakiś markotny i nie bardzo chciał jechać. Naszym celem było dojechać do Leśna przez Wielkie Chełmy. We wsi Wielkie Chełmy znajduje się piętrowy pałac neogotycki, zbudowany w latach 1852–1853 przez rodzinę Sikorskich w miejsce poprzedniego dworu drewnianego rodziny Jezierskich z końca XVIII wieku. Obecny kształt uzyskał w latach 1908–1909. W narożach został wsparty przyporami w kształcie wieżyczek. Zachował się częściowo park pałacowy z cennym starodrzewem (obecnie około 20 drzew to pomniki przyrody). W Leśnie spotyka się kręgi pochodzące z okresu rzymskiego. Kromlech (z celtyckiego crom "wygięty", lech "kamień") – krąg zbudowany z ustawionych pionowo kamieni, często wokół grobowca lub miejsca kultu. Stawiane były w neolicie oraz w epoce brązu, najczęściej na terenach Bretanii, Anglii i Irlandii – pierwsze kromlechy pojawiły się w drugiej połowie IV tysiąclecia p.n.e. Było to najprawdopodobniej miejsce kultu i zebrań plemiennych.

11.09.2025 r. - czwartek.

Dzisiaj były moje urodziny. Deszcz padał rzęsiście w związku z czym świętowaliśmy. W tym dniu nie jechałam na rowerze. Pozostali przejechali 50 km. Poszłam pozwiedzać tę miejscowość. Z kwatery miałam blisko nad jezioro, gdzie taplały się kaczki, do restauracji, do sklepu i muzeum oraz smażalni ryb. Tam jadłam mój przysmak czyli Sielawę. Główne atrakcje Swornegaci i okolic to Park Narodowy Bory Tucholskie oraz rzeka Brda, gdzie można wybrać się na spływy kajakowe, spacery malowniczymi szlakami pieszymi (żółtym i niebieskim) lub rowerowe (Kaszubska Marszruta). Warto odwiedzić Kaszubski Dom Rękodzieła Ludowego.

12.09.2025 r. - piątek.

Dzisiaj razem z Piotrem zrezygnowaliśmy z jazdy na rowerze, gdyż wszystko w okolicy już zwiedziliśmy. Pojechaliśmy do Kaszubskiego Parku Miniatur w Strysza Buda k/Kartuz. Stamtąd nad morze do Łeby było tylko ponad 100 km . Więc pojechaliśmy na pół godziny nad nasze polskie morze.

Zapraszam wszystkich miłośników turystyki rowerowej do Kaszubskiej Marszruty.

 

[GALERIA ZDJĘĆ]

 

Roztrzapek

  • Rowerem na książęcym szlaku: Paprocany i okolica
  • Ondraszkowa wigilijka
  • Z żałobnej Kroniki - "Deci"
  • Szlakiem Zamków Polskich

Strona 1 z 5

  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5

Menu

  • Aktualne 2025
  • Inne strony
  • Klub
  • Mapy
  • Konkursy
  • Wydarzenia klubowe
  • Kronika